Spełniać dobre uczynki, to służyć Najjaśniejszej Rzeczypospolitej – Homilia z okazji 96. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości
11:44 | 11.11.2014 | Wyświetleń: 96
abp

(Bazylika Archikatedralna, 11 listopada 2014 roku)

Dokładnie 100 lat temu, w listopadzie 1914 roku, rozpoczynała się ostatnia, decydująca batalia w trwających ponad wiek zmaganiach o odzyskanie niepodległości Polski. Ostatnia i najbardziej krwawa. Cztery lata później, 11 listopada 1918 roku, przyszła wyśniona wolność. Z tych wydarzeń, składających się na historię sprzed stu lat, chciałbym dzisiaj zwrócić uwagę na trzy dla nas bardzo ważne wydarzenia.

Pierwsze wydarzenie, to rozpoczynająca się właśnie 11 listopada 1914 roku Bitwa Łódzka, jedna z najbardziej krwawych w dziejach ludzkości, bitwa między dwoma zaborcami – rosyjskim i niemieckim. Była to także bitwa, w której ginęli Polacy, służący obcym armiom, przymusowo do nich wcieleni, strzelający do siebie nawzajem. Drugie wydarzenie, to czyn legionowy Józefa Piłsudskiego i jego żołnierzy, którzy od 16 do 19 listopada 1914 roku w bitwie pod Krzywopłotami, wbrew rozkazom dowódców armii austriackiej, przebili się do Krakowa, nie dając się pokonać ani wziąć do niewoli. To z tego oddziału sformowano później Pierwszą Brygadę Legionów Polskich. Obydwa wydarzenia mówią o żołnierskim trudzie, z którego powoli wyrastało coś, o czym śniły pokolenia Polaków „urodzonych w niewoli, okutych w powiciu” – niepodległa Rzeczpospolita. Natomiast trzecie wydarzenie mówi o zmaganiu duchowym. Jego wyrazem stała się historia prostej dziewczyny spod Tarnowa, Karoliny Kózkówny, która wolała ponieść śmierć z ręki rosyjskiego żołnierza, niż stracić swoją dziewczęcą godność.

Te zmagania, zarówno militarne, jak i duchowe z listopada 1914 roku, są jakby symbolem tego wszystkiego, co działo się w naszej Ojczyźnie od chwili, kiedy w XVIII wieku nad jej losem zaciągnęły się czarne chmury kolejnych rozbiorów. Stopniowo nasz kraj znikał z map politycznych Europy, aż w 1795 roku zniknął zupełnie. Wraz z przemocą o charakterze militarnym zaborcy podjęli ogromny wysiłek, mający na celu pozbawienia Polaków ich polskiej tożsamości. O to przecież chodziło w brutalnej polityce germanizacji, prowadzonej na terenie zaboru pruskiego, czy w rusyfikacji na terenach zaboru rosyjskiego. Szczególnym wyrazem tych zmagań o Polskę i o zachowanie jej ducha są dwa utwory. Pierwszy z nich został napisany przez biskupa Ignacego Krasickiego w 1774 roku, dwa lata po pierwszym rozbiorze Polski, a zatem u samych początków tych nieszczęść, które tak tragicznie naznaczyły los Rzeczypospolitej:

Święta miłości kochanej Ojczyzny,

Czują Cię tylko umysły poczciwe!

Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,

Dla ciebie więzy, pęta nie zelżywe.

Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,

Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe.

Byle cię można wspomóc, byle wspierać,

Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

Natomiast drugi utwór powstał w 1912 roku, czyli na dwa lata przed wybuchem Wielkiej Wojny i na sześć lat przed odzyskaniem niepodległości. Był nim Katechizm polskiego dziecka, którego autorem jest Władysław Bełza:

– Kto ty jesteś?

– Polak mały.

– Jaki znak twój?

– Orzeł biały.

– Gdzie ty mieszkasz?

– Między swemi.

– W jakim kraju?

– W polskiej ziemi.

– Czym ta ziemia?

– Mą Ojczyzną.

– Czym zdobyta?

– Krwią i blizną.

– Czy ją kochasz?

– Kocham szczerze.

– A w co wierzysz?

– W Polskę wierzę.

Ten Katechizm miał jeszcze inną wersję, skierowaną do dziewcząt:

– Kto ty jesteś?

– Polka mała.

– Jaki znak twój?

– Lilia biała.

Kto wie, czy nie znała tej strofy Karolina Kózkówna? Być może, tak. Ale prawdą jest, że w obydwóch tych utworach występują te same słowa-klucze: Polska jako Ojczyzna, miłość Ojczyzny i chwalebne blizny noszone z jej powodu na własnym ciele. Znaki, że Polskę kocha się szczerze. Między 1774 a 1912 rokiem, kiedy powstały wspomniane utwory Krasickiego i Bełzy, trwało jedno wielkie zmaganie, zraszane krwią Polaków. Zmaganie kolejnych pokoleń dążących drogą militarną do tego, aby Polska była Polską. Powstanie kościuszkowskie, Legiony Dąbrowskiego i ich Hymn Jeszcze Polska nie zginęła, powstanie listopadowe, Wiosna Ludów, powstanie styczniowe. Razem z tym militarnym zmaganiem szło także wielkie zmaganie o polskiego ducha, począwszy od tego, aby można było odmawiać pacierz w polskim języku. Dlatego polskie książeczki do nabożeństwa były dla dzieci i młodzieży w tamtych czasach prawdziwymi elementarzami. Było to wielkie zmaganie naznaczone wiekopomnymi dokonaniami naszych wieszczów narodowych: Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego, Norwida; dziełami wielkiej polskiej literatury, by wspomnieć jedynie: Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, Z pamiętnika poznańskiego nauczyciela i Trylogię Henryka Sienkiewicza, którego pisarstwo było głównie poświęcone jednej sprawie – krzepieniu polskich serc, Rotę Marii Konopnickiej, Syzyfowe prace Stefana Żeromskiego. Jakżeż wielu ich było wtedy, którzy ciągle przypominali, co to znaczy trwać w prawdzie i w polskości, pamiętać o tym, że się jest Polakiem, że to zobowiązuje i że to kosztuje, i że koszty mogą być bardzo wysokie. Ale że tak po prostu trzeba.

Te zmagania zaowocowały dniem 11 listopada 1918 roku. Dzień wcześniej do Warszawy przybył Józef Piłsudski i objął dowództwo nad garnizonem w Warszawie. Akcja rozbrajania Niemców stała się symbolicznym początkiem historii II Rzeczpospolitej, której kształty na mapie Europy trzeba było jeszcze przez kilka lat wykuwać przelaną bohaterską krwią polskich żołnierzy.

Do tej ich szlachetnej i bezcennej daniny krwi trzeba również dodać to, co dla niepodległości Polski czynił przez długie lata niewoli Kościół katolicki. Tragiczne losy arcybiskupa warszawskiego Zygmunta Szczęsnego Felińskiego w Warszawie, wywiezionego z Polski do Rosji, i tragiczne losy arcybiskupa poznańskiego i gnieźnieńskiego Mieczysława Ledóchowskiego, który w okresie Kulturkampfu kilka lat spędził w ostrowskim więzieniu, a potem już nigdy nie mógł wrócić na swoją biskupią stolicę, urastają do roli symbolu.

Po lewej stronie wieży naszej Katedry są wyryte nazwiska 202 mieszkańców Łodzi, którzy zarówno w czasach Wielkiej Wojny, jak i później, w czasie wojny bolszewickiej, oddali za Ojczyznę swoje życie. A przecież to tylko cząstka tych, którzy polegli wierni do końca sprawie Polski. To tylko symbol tych, o których pamiętać winniśmy, o ich zmaganiach, o ich cierpieniach, o ich nadziejach, o ich krwi. Trzeba nam o tym pamiętać zwłaszcza dzisiaj – i to w sposób szczególny. Ta nasza pamięć o nich powinna mieć moc serdecznego zobowiązania.

Czy ją kochasz? – Kocham szczerze. A karierę robi dzisiaj piosenka, w której przesłanie brzmi: Nienawidzę cię Polsko. W tych też dniach na ekrany naszych kin wchodzi film znanego aktora i reżysera, który chce prześmiewać z tej, jak mówi, Polski kołtuńskiej i katolickiej.

Jaki znak twój? Orzeł biały. A dzisiaj w Święto Narodowe obnosi się orła z czekolady i urządza się konkurs na nowe logo Polski. Ktoś wymyślił, że naszego polskiego ducha najlepiej oddaje nie orzeł, ale zwykła sprężyna. Więc na tę sprężynę, w kilku jej wersjach, wydano z państwowego budżetu już dużo pieniędzy.

A w co wierzysz? – W Polskę wierzę. A tymczasem dzisiaj słyszymy z ust prominentnego przedstawiciela naszego państwa, że Polska to kamieni kupa.

Gdzie ty mieszkasz? – Między swemi. A odnosi się wrażenie, że ci, którzy zginęli 4 lata temu w Smoleńsku razem z Prezydentem Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, powinni stać się uczestnikami losu Żołnierzy Wyklętych, o których do niedawna się zupełnie milczało – jakby nie byli swoimi, jakby ich w ogóle nie było.

Jest dzisiaj jakieś wielkie zmaganie o Polskę. Ma ono miejsce najpierw w wymiarze antropologicznym – tam, gdzie się usiłuje wyrazić prawdę o człowieku. Jakże pielęgnować trzeba i jakże usilnie zmagać się o prawdę o kobiecie i mężczyźnie, o małżeństwie i o rodzinie! Jakże trzeba jednoznacznie mówić „nie” wobec obłąkańczej ideologii gender! Jakże trzeba wyraźnie przeciwstawiać się lobby homoseksualnemu! To prawdziwy paradoks, że jeden z najwybitniejszych biologów w Polsce, uczony o światowej sławie, mówił mi niedawno, że pierwszym jego zdaniem, od którego zacznie kolejny rok pracy na Uniwersytecie, będzie: „Proszę państwa, zaczynam z państwem wykład akademicki, a zatem wbrew politycznej poprawności będzie tu mowa o biologicznej płci, a także o tym, że człowiek poczyna się w chwili połączenia się komórki męskiej i żeńskiej”. I zaraz sam skomentował to, co chciał powiedzieć: „Już widzę jednych, którzy kiwają głowami ze zrozumieniem i solidarnością, innych zupełnie na to obojętnych, a trzecich, na których twarzach widnieje niczym nie skrywana złość”.

Okazuje się, że na uniwersytetach nie zawsze można mówić dzisiaj prawdę – i to nawet prawdę z dziedziny biologii. Bo może być politycznie niepoprawna. Nie dziwmy się jednak temu, że tak jest. Przecież bardzo wiele zależy od naszego prawego postępowania – od postępowania zgodnego z właściwie ukształtowanym sumieniem. Tymczasem z przestrzeni publicznej naszego Kraju usiłuje się usunąć prawo do klauzuli sumienia, do tego, by człowiek miał prawo, a nawet obowiązek postępować zgodnie z sumieniem, niekiedy wbrew prawom niesłusznym i niesprawiedliwym. Sprawa profesora Chazana jest tego najlepszym przykładem. Zwłaszcza dzisiaj, w Święto Niepodległości, nie możemy zapomnieć o tym, że człowiek prawdziwie wolny – to człowiek prawego sumienia. To właśnie przesłanie jest swoistym nerwem fundamentalnego dzieła kardynała Karola Wojtyły o człowieku, tytuł tego dzieła Osoba i czyn. Z tym przesłaniem wielokrotnie zwracał się do nas, Polaków. Dzisiaj, w Święto Niepodległości, musimy z całą pokorą zapytać siebie samych: co w nas naprawdę zostało z papieskiego nauczania? Czy kanonizowanemu w tym roku, świętemu Janowi Pawłowi II moglibyśmy dziś spojrzeć prosto w oczy?

Symbole mówią nam bardzo dużo i przejmująco o tym, jak dzisiaj jest. W ostatnich dniach w dwóch telewizyjnych spotach usunięto krzyże. Najpierw w spocie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie chciano dać krótką sfilmowaną syntezę Polski i polskości. W skład tej syntezy miał wchodzić Giewont. Tymczasem w spocie ukazano tę tak charakterystyczną dla Zakopanego górę pozbawioną krzyża, który w 1901 roku został na niej wzniesiony. Jakże nie przypomnieć tu słów św. Jana Pawła II, który pod zakopiańską Krokwią w 1997 roku mówił: „Dziękujmy Bożej Opatrzności za to, że krzyż powrócił do szkół, urzędów publicznych, szpitali. Niech on tam pozostanie! Niech przypomina o naszej chrześcijańskiej godności i narodowej tożsamości, o tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy, i gdzie są nasze korzenie. Niech przypomina nam o miłości Boga do człowieka, która w krzyżu znalazła swój najgłębszy wyraz”. I dalej, na zakończenie swego spotkania z góralami: „Dzisiaj dziękowałem Bogu za to, że wasi przodkowie na Giewoncie wznieśli krzyż. Ten krzyż patrzy na całą Polskę, od Tatr aż do Bałtyku, ten krzyż mówi całej Polsce: Sursum corda! – «W górę serca!». Trzeba, ażeby cała Polska, od Bałtyku aż po Tatry, patrząc w stronę krzyża na Giewoncie, słyszała i powtarzała: Sursum corda! – «W górę serca!». Czyżby niektórym nie zależało już na tym, żebyśmy, patrząc na krzyż, dźwigali nasze serca w stronę ideałów i w ten sposób jeszcze bardziej kochali naszą Ojczyznę? I drugi spot, w którym premier naszego rządu, przewodnicząca aktualnie rządzącej Polską partii, stwierdziła, że usuwanie krzyży jest bzdurą, że jest sprawą mało ważną. To kazałoby sądzić, że sam krzyż jest bzdurą, i że bzdurą jest także Polska naznaczona krzyżami od prawie 1050 lat, od chwili swojego Chrztu.

Nie dziwmy się, że jeżeli z przestrzeni publicznej naszej ojczyzny usuwa się świętości, to już nie ma miejsca żadne inne. Jak ja jako arcybiskup metropolita łódzki nie mogę nie mówić z głębokim żalem o ostatnich napadach na kościoły i o profanacjach Najświętszego Sakramentu, jakie wydarzyły się w naszej Archidiecezji? Jak mogę nie wspomnieć o profanacji pomnika Jana Pawła II dokonanej z piątku na sobotę ubiegłego tygodnia? Największego z rodu Polaków obrzucają śmieciami młodzi ludzie wyrośli na naszej polskiej ziemi…

W dzisiejszym pierwszym czytaniu św. Paweł pisał do swojego ucznia Tytusa: „Ukazała się łaska Boga, która niesie zbawienie wszystkim ludziom i poucza nas, abyśmy wyrzekłszy się bezbożności i żądz światowych rozumnie i sprawiedliwie, i pobożnie żyli na tym świecie, oczekując błogosławionej nadziei i objawienia się chwały wielkiego Boga i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, który wydał samego siebie za nas, aby odkupić nas od wszelkiej nieprawości i oczyścić sobie lud wybrany na własność, gorliwy w spełnianiu dobrych uczynków” (Tt 2, 11–14). Spełniać dobre uczynki, to służyć. Służyć Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, nie czekając na zapłatę, na honory czy zaszczyty. Dzisiejsza Ewangelia mówi jednoznacznie: „Gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: «Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać»” (Łk 17, 10). Jakże w tych słowach Chrystusa nie usłyszeć echa słów wielkiego Cypriana Kamila Norwida „Ojczyzna to wielki zbiorowy obowiązek”? Obowiązek – zatem trud, wyrzeczenie się siebie – ale właśnie po to, by budować wspólne dobro. „Byle cię można wspomóc, byle wspierać, nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać”.

Słyszymy raz jeszcze te słowa biskupa Ignacego Krasickiego z 1774 roku. Dzisiaj, patrząc na minione lata i wieki, i patrząc na teraźniejszość, a chcąc godnie przeżywać Święto Niepodległości, prośmy z pokorą Pana Boga, abyśmy byli prawdziwymi i rzetelnymi sługami Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej.