Wygrywamy walkę o pamięć – Dzień Sybiraka – Homilia Arcybiskupa Metropolity Marka Jędraszewskiego
11:38 | 03.09.2014 | Wyświetleń: 91
abp

„Bóg jest miłością” (1 J 4, 16) – napisał w swym Pierwszym Liście św. Jan Apostoł. Jest miłością jako agape. Tego pojęcia nie znajdziemy w żadnych rozważaniach starożytnych nawet najbardziej głębokich filozofów. Tego pojęcia nie ma także w słynnej Uczcie Platona. Nie znano wtedy jeszcze tego rodzaju miłości, która polega na tym, by oddać życie za innych, by być bezinteresownym w miłości, by nie myśleć tylko o tym, co miłość może mi dać, ale co ja mogę przez miłość dać innym. To właśnie takiego Boga, który jest Miłością, agape, ukazał całym swoim życiem Jezus Chrystus. Ponieważ zaś niemal w pierwszych wersach Starego Testamentu, w Księdze Rodzaju, czytamy, że człowiek został stworzony na Boży obraz i Boże podobieństwo (por. Rdz 1, 27), to z tego wynika, że człowiek osiąga pełnię siebie, a równocześnie jest najbliżej Boga wtedy, kiedy jest przeniknięty miłością pojętą jako agape. Właśnie o tego rodzaju miłości pisał św. Paweł w Pierwszym Liście do Koryntian w Hymnie o miłości, który słyszeliśmy przed chwilą.

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję. (1 Kor 13, 4–7)

Tę prawdę o miłości głosi Kościół światu już prawie dwa tysiące lat. Za tę prawdę wielu ludzi Kościoła oddało swoje życie, stając się prawdziwymi bohaterami wiary. Niektórzy z nich zostali wyniesieni do chwały ołtarza jako męczennicy czy wyznawcy. Mamy wszakże prawo zapytać się, co dzieje się z człowiekiem i co dzieje się z całymi społecznościami i narodami, kiedy odrzucają Boga, który jest miłością.

Na dwa lata przed wojną, w marcu 1937 roku, ówczesny papież Pius XI ogłosił dwie encykliki. Pierwsza została opublikowana 14 marca, w języku niemieckim. Nosiła tytuł Mit brennender Sorge (Z palącą troską) i była skierowana głównie do narodu niemieckiego, znajdującego się wtedy we władzy Hitlera i jego nazizmu. W encyklice tej Pius XI jednoznacznie napiętnował i potępił pogański system hitlerowski. Kilka dni później, 19 marca, w święto św. Józefa, papież opublikował kolejną encyklikę zatytułowaną Divini Redemptoris (O bezbożnym komunizmie). Przedstawiał w niej najpierw skutki, do jakich już wtedy komunizm doprowadził w Rosji, w Meksyku, w Hiszpanii. Pisał o mordowanych ludziach, którzy związali swoje życie z Chrystusem, z Jego Ewangelią i cywilizacją zachodnią. Równocześnie stwierdził, że nie jest prawdą, iż tego rodzaju zbrodnie, były zjawiskiem dość typowym, towarzyszącym zazwyczaj każdej wielkiej rewolucji. Zdaniem Piusa XI, to, co się działo w tych krajach, było owocem ideologii, która od samego początku była wymierzona w religię, a zwłaszcza w chrześcijaństwo. Dlatego też w punkcie 22 encykliki, noszącym tytuł Walka przeciwko wszystkiemu, co Boże, Papież pisał: „Na to właśnie patrzymy obecnie z bólem najdotkliwszym: po raz pierwszy bowiem w dziejach ludzkości jesteśmy świadkami starannie i planowo przygotowanego buntu przeciw «wszystkiemu, co zowią Bogiem». Bo komunizm jest z natury swej antyreligijny i uważa religię za «opium dla ludu», ponieważ nauka jej, głosząca życie pozagrobowe, odciąga oczy proletariatu od owego przyszłego raju sowieckiego, który na ziemi należy zbudować”.

Stąd owocem komunizmu, jak pisał Papież, jest terror wewnętrzny i zewnętrzny, okrutny i nieubłagalny. I dodawał: „Nie myślimy jednak potępiać narodów Unii Sowieckiej w ich zespole, przeciwnie, żywimy dla nich uczucia najszczerszej ojcowskiej miłości. Wiemy, jak wielu z nich jęczy pod jarzmem, narzuconym im przemocą przez ludzi obojętnych na prawdziwe dobro kraju, i rozumiemy też, że wielu dało się skusić złudnym nadziejom. Oskarżamy system, jego twórców i propagatorów, którzy Rosję uważali za najdogodniejszy teren, aby tam urzeczywistnić teorie od dziesiątków lat opracowane, i stąd rozpowszechnić je po całym świecie” (Divini Redemptoris, 24).

Świat ówczesny zlekceważył jedną i drugą encyklikę. Kraje zachodnie przyjmowały postawę neutralności, nie chcąc dostrzec tego, co nadciąga. 23 sierpnia 1939 roku doszło do zawarcia tajnego układu Ribbentrop-Mołotow, będącego czwartym rozbiorem Polski. Na ten rozbiór nie możemy patrzeć tylko w kategoriach geopolityki i gry imperialnej wielkich państw. Na to, co się wówczas wydarzyło, trzeba spojrzeć w kategoriach walki obydwóch systemów totalitarnych z chrześcijaństwem, z jednej strony pogańskiego, hitlerowskiego, z drugiej ateistycznego, bolszewickiego. Na drodze realizacji celów tych antyreligijnych systemów stanęła w większości swych obywateli katolicka Polska. Dlatego też w kolejnych porozumieniach, jakie hitlerowskie Niemcy zawierały ze stalinowską Rosją sowiecką jeszcze jesienią 1939 roku, postanowiono fizycznie zlikwidować polską inteligencję – tych wszystkich, którzy decydowali o duchu narodu polskiego. Można zrozumieć przygnębienie, wręcz rozpacz Wacława Grzybowskiego, ambasadora polskiego w Moskwie, który nocą z 16 na 17 września został wezwany do Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji Radzieckiej i z ust wiceministra Władimira Potiomkina usłyszał: „Wojna polsko-niemiecka ujawniła bankructwo Państwa Polskiego. W ciągu dziesięciu dni działań wojennych Polska utraciła wszystkie swoje ośrodki przemysłowe i kulturalne. Warszawa nie jest już stolicą Polski. Rząd radziecki nie może dłużej obojętnie patrzeć na to, jak pokrewne mu narody ukraiński i białoruski, które żyją na terytorium Polski, zostały w stanie bezbronnym pozostawione swojemu losowi. W tych okolicznościach Rząd Radziecki nakazał dowództwu Armii Czerwonej wydać rozkazy do przekroczenia granicy w celu wzięcia w obronę życia i mienia ludności Zachodniej Ukrainy i Białorusi”.

Ambasador Grzybowski zdecydowanie odrzucił tę notę i jej nie przyjął. W nocie tej powróciły jak echo stwierdzenia z 1772 roku, kiedy to caryca Katarzyna Wielka i król pruski Fryderyk II Wielki, dokonując pierwszego rozbioru Polski, uzasadniali wobec ówczesnego świata swój krok poprzez kłamliwe oskarżanie Polski o brak administracji, faktyczny upadek państwa, konieczność ratowania Europy przed możliwymi niepokojami. W nocie Potiomkina znajdowały się przede wszystkim dwa kłamstwa. Po pierwsze, Polska wtedy jako państwo istniała: Warszawa się broniła, Rząd polski ciągle znajdował się na jej terytorium, oczekując wsparcia ze strony państwa zachodnich. Po wtóre, w nocie Potiomkina kryło się kłamstwo odnośnie do samego układu Ribbentrop-Mołotow. Stalinowi chodziło bowiem o to, aby w opinii świata jako agresor na Polskę jawił się tylko Hitler, a on, Stalin, jako ten, który jest wyzwolicielem słowiańskich ludów Białorusi i Ukrainy.

We wrześniu 1939 roku na długiej, liczącej 1400 km granicy Polski z Rosją sowiecką znajdowało się niespełna 20 tysięcy polskich żołnierzy, zdecydowana ich większość walczyła wtedy z Niemcami. Przeciwko nim w nocy z 16 na 17 września 1939 roku ruszyła ponad milionowa armia bolszewicka. Stefan Starzyński, bohaterski Prezydent Warszawy, mówił wtedy przez Polskie Radio: „Nie pomoże kłamstwo dla zbrodni ani dla podziału Polski. Zapłaciliście już raz za podział Polski i wy, i Austria i Rosja. Wtedy było inaczej, dziś Polska nie jest sama. Idą z nią największe potęgi świata. Cały świat kulturalny i cywilizowany idzie przeciw wam”. Jakże głęboko i jakże boleśnie się mylił. Świat kulturalny i cywilizowany, używając jego sformułowań, już niedługo uczyni ze Stalina i Rosji Sowieckiej swojego głównego alianta w walce z Hitlerem. Dobro Polski nie będzie się liczyło w obliczu imperialnej gry Anglii, Stanów Zjednoczonych i Rosji Radzieckiej, częściowo także Francji.

Jeden ze współczesnych publicystów polskich, komentując wydarzenia sprzed 75 lat, powiedział: „Nadeszło zło, które nie tylko niosło śmierć, ale także upadek moralny, które miało szukać wśród nas sprzedawczyków, niszczyć naszego ducha, nakazywać zło zwać dobrem i na odwrót, z katów czynić ofiary, z morderców świętych, z ofiar wyklętych, poniżonych i zapomnianych”. To prawda, i z tego możemy być dumni: Polska nie wydała żadnych Quislingów i nie było żadnej współpracy między Polakami a hitlerowskimi Niemcami. Niestety, po stronie bolszewickiej znaleźli się świetnie przygotowani agenci sowieccy polskiego pochodzenia i polskiej narodowości, którzy działali przez bezczelne, a niekiedy perfidne kłamstwo. Jakże tutaj nie przywołać postaci Wandy Wasilewskiej, organizatorki tzw. Związku Patriotów Polskich, która, nawiązując do tragicznej dla nas rocznicy 17 września 1939 roku, pisała: „Nasz Związek Radziecki to prawdziwy kraj młodości. W przełomowym dniu 17 września najwięcej zyskała młodzież, której teraz dane jest przeżywać młodość w radzieckich warunkach”. W 1940 roku, w 1. rocznicę sowieckiej inwazji na Polskę, w komunistycznym lwowskim „Czerwonym Sztandarze” tak oto pisano o działalności Wasilewskiej: „W słowach najprostszych mówi Wasilewska o wielkim szczęściu, jakie dała nam nasza Czerwona Armia, o szczęściu wkroczenia na otwartą drogę prowadzącą w górę, ku słońcu. W mocnych męskich słowach wzywa słuchaczy, aby teraz, gdy mija rok wolnej pracy, dokonywali uczciwego rozrachunku własnego sumienia i stwierdzili, czy zawsze pracowali i pracują z takim zapałem i poświęceniem, jakiego wymaga epokowe znaczenie naszych dni”. Tymczasem ten właśnie 1940 rok był naznaczony tragiczną wywózką Polaków na Syberię i w niezliczone miejsca nieludzkiej ziemi, dając początek tragicznej historii Sybiraków, ten też rok został naznaczony zbrodnią katyńską.

Narracja Wasilewskiej i o Wasilewskiej stała się po 1944 i 1945 roku niemal wzorcowa, a na pewno obowiązkowa. Iluż „wielkich” naszej kultury w czasach PRL-u tę narrację i to kłamstwo umacniało! Jak pisała pani prof. Barbara Skarga, Niemcy, zabijając, niszczyli fizycznie polski naród, ale w systemie sowieckim chodziło o to, żeby najpierw zabić polską duszę, a dopiero potem zniewolonego człowieka fizycznie unicestwić.

Próbujemy teraz z tego kłamstwa i z tej wrogiej nam, zniewalającej nasze dusze narracji wychodzić. W jakiejś mierze wygrywamy walkę o pamięć. To zasługa naszych dziadków, naszych rodziców, nielicznych nauczycieli, którzy mieli odwagę mówić, jak było. Ale boję się, że w naszym państwie ciągle jeszcze przegrywamy walkę o sumienie, o to, by zło umieć nazwać złem, kłamstwo kłamstwem. Wypowiedzi wysokich przedstawicieli naszego państwa, którzy nie potrafili spojrzeć z szacunkiem na lekarzy, pragnących korzystać ze swojej sztuki lekarskiej zgodnie z własnym sumieniem, muszą budzić niepokój nas wszystkich. Podobnie wielki niepokój musi budzić wypowiedź minister oświaty, straszącą polskich nauczycieli, jeśli podpiszą kartę z oświadczeniem, że swoje obowiązki nauczycielskie będą spełniać zgodnie z własnym sumieniem.

„Miłość wszystko przetrzyma” (1 Kor 13, 7). Wracamy do Hymnu o miłości św. Pawła. Zakorzenieni w Bożej miłości mamy, dzięki Chrystusowej łasce, ciągle dość sił, by przebaczać tym, którzy chcieli nasz naród zniewolić. Stąd to nasze dzisiejsze spotkanie z Chrystusem, który ofiarowuje się za grzechy świata. Jednocześnie towarzyszy nam nadzieja, że złączeni z Nim nie pozwolimy, by upodliło się nasze człowieczeństwo, byśmy poddali się kłamstwu, byśmy wyrzekli się sumień. Mamy przecież pewność, jaką daje chrześcijańska wiara, a od tej pewności nie ma większej – pewność, że miłość wszystko przetrzyma, że miłość zwycięży!