Pierwszy kapelan, który zginął w tym niezwykłym wybuchu miłości do Ojczyzny – 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego – Homilia arcybiskupa metropolity Marka Jędraszewskiego
11:30 | 01.08.2014 | Wyświetleń: 100
abp

Przypadające na dzisiejszy dzień czytania mówią o buncie: o buncie człowieka przeciwko Bogu. Pierwsze czytanie ze Starego Testamencie mówi o buncie Izraela, który lekceważył sobie Najwyższego i Jego Prawo, budując na swych wzgórzach ołtarze poświęcone bożkom i sprzymierzając się z pogańskimi mocarstwami ówczesnego świata.

O buncie mówi także czytany fragment Ewangelii Mateuszowej. Zwątpienie mieszkańców Nazaretu co do mesjańskiego posłannictwa Jezusa Chrystusa znalazło swój dramatyczny finał w tym, co przekazał nam św. Łukasz: mieszkańcy Nazaretu uprowadzili Jezusa na skraj góry, na której wznosiło się to miasto, by Go z niej zrzucić.

Zarówno pierwszy, jak i drugi bunt zakończyły się tragediami. Jerozolima, daremnie wyczekująca pomocy ze strony pogańskiego Egiptu, zdobyta w 586 roku przed Chrystusem przez Nabuchodonozora, króla babilońskiego, została całkowicie zniszczona, a ludność uprowadzona do niewoli w dorzecze Eufratu i Tygrysu. Kilka wieków później ta sama buntownicza Jerozolima, która nie chciała uznać Syna Bożego w Jezusie Chrystusie, została zniszczona w 70 roku przez wojska rzymskie pod wodzą Tytusa. Sprawdziło się dokładnie to, co Chrystus odnośnie do niej zapowiedział: nie pozostał w niej kamień na kamieniu, a wszystko dlatego, że Jerozolima „nie poznała czasu nawiedzenia swego” (por. Łk 21, 5–6). Zawsze bowiem tak jest, o tym uczy historia aż po dzień dzisiejszy, że jeżeli odrzuca się Boga, odrzuca się także człowieka i jego godność. Przy tym tę godność drugiego depcze się w sposób niekiedy przerażający. Jakże dobitna pod tym względem i tragiczna jednocześnie jest historia XX wieku, naznaczona tak głęboko działającymi w niej systemami totalitarnymi: czerwonym – bolszewickim i brunatnym – nazistowskim, hitlerowskim. Bolszewicki walczył z religią, o której Marks powiedział, że jest opium dla ludu, a co Lenin sparafrazował zgodnie z duchem narodu rosyjskiego – religia jest gorzałką dla ludu. Zarówno opium, które jest narkotykiem, jak i wódka nie pozwalają człowiekowi być sobą. Jeśli czymś takim jest religia – to należy ją za wszelką cenę zwalczać w imię dobra duchowego człowieka i jego wolności. Istotnie, bolszewicki ateizm uczynił z religii – a dokładniej, z ludzi wierzących – pierwszego, bezlitośnie prześladowanego wroga. Podobnie Hitler, kanclerz niemieckiej III Rzeszy, w imię powrotu do pogańskich, starogermańskich tradycji wytoczył walkę o podłożu rasistowskim z wszystkimi tymi, którzy byli nie-aryjczykami. Żydzi zostali skazani na całkowite unicestwienie, Słowianie – w tym Polacy – mieli stać się niewolnikami, panów Uebermenschów (nadludzi). Symbolem nowego nazistowskiego świata i nowego pangermańskiego porządku stała się swastyka. To nie krzyż, który dotąd tak głęboko przenikał europejską i zachodnią kulturę, miał wyrażać prawdę o człowieku, ale swastyka, krzyż o złamanych ramionach.

Zarówno przeciwko jednej, jak i drugiej złowrogiej, ateistycznej i antyhumanistycznej ideologii zdecydowanie wystąpił Kościół katolicki. Najbardziej jednoznacznym protestem przeciwko nim stały się dwie encykliki, które wiosną w 1937 roku papież Pius XI skierował do świata. W ogłoszonej 14 marca 1937 roku Encyklice Mit brennender Sorge (Z palącą troską) papież potępił hitlerowski nazizm właśnie za to, że wynosił człowieka ponad Boga, a z takich wartości, jak: rasa, państwo, przedstawiciele władzy, czynił bogów i miarę najwyższych wartości, lekceważąc prawo naturalne, które w głębi sumienia każdego człowieka domaga się od niego, aby czynił dobro i unikał zła. Kilka dni później, 19 marca 1937 roku, Pius XI ogłosił Encyklikę Divini Redemptoris (O bezbożnym komunizmie). W dokumencie tym komunizm został określony jako bezbożny i barbarzyński, gdyż niosący ze sobą „przerażające niebezpieczeństwo”.

Mimo nacisków z różnych stron Polska nie chciała iść na ugodę ani z jednym, ani z drugim totalitaryzmem. Dlatego ta walka o Polskę i o polską duszę, która zaczęła się 1 września 1939 roku, była jasno określona: Bóg, Honor, Ojczyzna. Na pierwszym miejscu Bóg, który jest gwarantem ostatecznym i jedynym godności człowieka. W tej godności znajduje także swój fundament poczucie osobistego honoru. Honor z kolei każe wystąpić w obronie wspólnego dobra, jakim jest przede wszystkim Ojczyzna. Miał rację słynny kurier z Warszawy, Jan Jeziorański, gdy mówił, że Powstanie Warszawskie zaczęło się właściwie w pierwszym dniu wojny, bo przy wszystkich tragediach, jakie dotykały naród polski prawie pięć lat, od 1939 do 1944 roku, nigdy nie poszedł on na kompromis, który polegałby na wyparciu się Boga, spodleniu własnego imienia i zdrady Ojczyzny. Nie było w Polsce żadnych Quislingów ani żadnych oddziałów, które chciałyby iść ramię w ramię z jednostkami SS – tak jak to było w przypadku wielu krajów europejskich, podbitych przez hitlerowskie Niemcy. Polska miała od samego początku, tuż po klęsce kampanii wrześniowej 1939 roku, tak niezłomnego w sobie ducha, że utworzyła Państwo Podziemne, odwołujące się swoją tradycją do powstania styczniowego. Miała swój rząd, swoje sądownictwo, swoją armię. Miała też od samego początku ogromne wsparcie w Kościele katolickim. Próbując się wmyśleć w logikę obydwóch totalitaryzmów, nie dziwmy się, że już jesienią 1939 roku doszło do ugody między obydwoma totalitaryzmami, której celem było fizyczne wyniszczenie najszlachetniejszych synów i córek polskiego narodu po to, żeby złamać jego ducha. Nawet wtedy, gdy w czerwcu 1941 roku doszło do śmiertelnych zmagań między hitlerowskimi Niemcami a Związkiem Radzieckim, to jedna i druga strona ten właśnie zapis swojego porozumienia – wyniszczenie polskiej inteligencji – realizowała do końca, aż do 1945 roku, a ze strony Związku Radzieckiego później. Nie dziwmy się także temu, że od samego początku uderzono w fundamenty tego polskiego ducha, to znaczy w Boga i w tych wszystkich, którzy z racji swego powołania, święceń i urzędu byli Jego pierwszymi świadkami. Nie bez powodu w Kraju Warty, do którego należał także dystrykt łódzki, masowo zabijano i aresztowano księży, osadzając ich w obozach koncentracyjnych. Znajdująca się w naszej Katedrze tablica upamiętniająca ofiarę 153. kapłanów Diecezji Łódzkiej, jest tego zmagania z polskim duchem i katolicką wiarą szczególnym znakiem.

„Godzina W” Powstania Warszawskiego we wtorek 1 sierpnia 1944 roku została ostatecznie wyznaczona na godzinę 1700. Jednak już o godzinie 1100 zebrali się kapelani Armii Krajowej, by udać się do oddziałów, którym mieli służyć jako księża. Na to spotkanie nie zdążył ks. Tadeusz Jachimowicz, ps. „Budwicz”, wyznaczony przez ówczesnego generała polowego Wojska Polskiego, Józefa Gawlinę, naczelnym kapelanem i szefem Służby Duszpasterstwa Sił Zbrojnych. Tymczasem właśnie on jako jeden z pierwszych stał się ofiarą masakry cywilów na warszawskiej Woli. Został spośród nich wyciągnięty przez esesmanów tylko dlatego, że miał na sobie sutannę – i wobec wszystkich zastrzelony. Spośród ponad 100 kapelanów biorących udział w Powstaniu, 40 oddało swoje życie. Niektórzy w okolicznościach prawdziwie dramatycznych. Jakże bowiem nie wspomnieć, poza ks. pułkownikiem Tadeuszem Jachimowiczem, o. Michała Czartoryskiego, dominikanina, który nie opuścił szpitala na Powiślu i znajdujących się w nim rannych żołnierzy i cywilów. Kiedy wtargnęło do tego szpitala wojsko niemieckie, był pierwszym, którego zastrzelono. Ojciec Michał został wyniesiony w 1999 roku do chwały ołtarza jako błogosławiony przez św. Jana Pawła II. Podobny tragiczny los spotkał na Ochocie innego kapelana AK – ks. profesora Jana Salamuchę, wybitnego i znanego w świecie myśliciela, filozofa i teologa. Nakłaniano go, aby nie pozostawał z rannymi, lecz ewakuował się z żołnierzami. Wolał zostać. Rozstrzelany jako jeden z pierwszych wpisał się w ogromny poczet ofiar masakry, jaką wojska okupantów urządziły wszystkim rannym powstańcom i cywilom znajdującym się w szpitalu. Jak nie wspomnieć tutaj, także wyniesionego do chwały ołtarzy przez Jana Pawła II, błogosławionego ks. Józefa Stanka, pallotyna, od samego początku obecnego pośród tych, którzy najbardziej potrzebowali jego kapłańskiej pomocy? Kiedy w końcu września 1944 roku Powstanie chyliło się ku upadkowi i trzeba było za wszelką cenę ratować tych, którzy jeszcze ocaleli, ks. Stanek z białą flagą wyszedł w stronę Niemców. Ci go pochwycili, brutalnie zmasakrowali, a potem powiesili na kapłańskiej stule, którą ciągle miał na sobie. Jak nie wspomnieć innych wybitnych kapelanów Powstania Warszawskiego: biskupa katowickiego Stanisława Adamskiego, wygnanego przez Niemców z Katowic do Warszawy, czy księdza kapelana Stefana Wyszyńskiego? Pragniemy wspomnieć dzisiaj wszystkich tych księży, w większości nieznanych nam z nazwiska i imienia, którzy byli z powstańcami w chwilach pierwszych radości i uniesień, gdy część Warszawy została wyzwolona, gdy błogosławili małżeństwa powstańców, a także wtedy, kiedy żegnali tych, którzy zginęli. Wiemy, że każdy dzień Powstania, które trwało ponad dwa miesiące, tych ofiar przynosił niezmierzoną liczbę. Księża kapelani byli z nimi razem. Byli, ponieważ nie można było inaczej wyrazić tej jedności wiary w Boga, przywiązania do honoru i ukochania Ojczyzny.

Dzisiaj podczas tej Mszy Świętej nasze oczy skierowane są najpierw na ołtarz, który mówi o najwyższej i ostatecznej ofierze miłości Chrystusa dla innych. Równocześnie nasze oczy są zwrócone na znajdującą się przed ołtarzem trumnę, w której spoczywają relikwie pierwszego kapelana, jaki zginął w Powstaniu Warszawskim – relikwie Sługi Bożego ks. Tadeusza Burzyńskiego. 70 lat temu oddał swoje życie jak wielu, wielu innych księży, sióstr zakonnych, żołnierzy, cywilów. Wiemy, że dla znaczącej części tych, którzy przeżyli, gehenna Powstania nie zakończyła się razem z jego upadkiem. Że bolszewicki, czerwony totalitaryzm brutalnie niszczył tych Powstańców, którzy przeżyli, a przede wszystkim poniewierał i bezcześcił pamięć o nich. Jakże Bogu nie dziękować, że dzisiaj przy trumnie ks. Burzyńskiego stoi warta honorowa Wojska Polskiego? W ten sposób czci się bohaterów. A przecież był on bohaterem liczącym niewiele lat, zaledwie trzydzieści, kiedy zginął. Urodzony w Chruślinie w 1914 roku, pragnął się uczyć, co nie było wtedy łatwe, zważywszy na panującą w rodzinnym domu biedę, a jednocześnie formować w sobie szlachetny charakter. Chciał być wewnętrznie gotowy na to, żeby zawsze zmagać się o dobro w sobie i wokół siebie. To dlatego już w młodzieńczych latach wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego, a w 1933 roku stał się członkiem Sodalicji Mariańskiej. W 1933 roku, kiedy Hitler dochodził w Niemczech do władzy, on wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Cieszył się wielkim szacunkiem swego otoczenia, kolegów, przełożonych, wybijał się pośród nich właśnie szczególną duchową dojrzałością. To sprawiło, że po ukończeniu studiów i otrzymaniu święceń kapłańskich z rąk biskupa łódzkiego Włodzimierza Jasińskiego został skierowany na dalsze studia teologiczne do Warszawy. Nie przerwała ich wojna. Był studentem Tajnego Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Pracę magisterską pisał pod kierunkiem ks. prof. Eugeniusza Dąbrowskiego, najwybitniejszego wtedy polskiego biblisty. Równocześnie dojrzewał w tym, co znaczy być księdzem w umęczonej Polsce. To sprawiło, że stał się członkiem AK. Uczył się tej niełatwej prawdy o tym, co znaczy być kapłanem do końca, także od pewnego młodego księdza niemieckiego. Tenże ksiądz został ciężko ranny i umierając, podyktował następujący list do swojej siostry, który na ks. Burzyńskim zrobił ogromne wrażenie: „Moja Najdroższa Ukochana Siostrzyczko! Nie smuć się, kiedy ten list otrzymasz. […] Jestem ciężko ranny. Niezadługo muszę umrzeć. […] 19 czerwca spotkała mnie przygoda na polu bitwy. Mam ciężko zraniony brzuch, urwane obie ręce i prawą nogę. Cierpię dużo, ale to dla Zbawiciela, dla dusz […]. Ale wiedz, że [to] znoszę spokojnie i z radością. Tak jest, z radością oddaję Zbawicielowi moje kapłańskie życie. Oddaję je takim, jakim je od Niego otrzymałem przed dwoma laty. Było to kapłaństwo czyste i święte. Mogę stanąć przed Zbawicielem i pójdę do Niego. Cieszę się, bo wielka będzie nagroda. Za wszystkie ofiary, za wszystkie cierpienia i za wszystko zapłaci mi Zbawiciel i dlatego chętnie umieram. […] Czy mam Ci powiedzieć, jak doszedłem do tej gorącej miłości Zbawiciela? Codziennie wielki akt umartwienia, codziennie ćwiczyłem się w aktach pamięci na obecność Bożą i to już od dwunastego roku życia. […] Błogosławieństwa dać Ci już nie mogę, ale całuję Cię po raz ostatni, czystymi kapłańskimi ustami. Bądź mężna. […] Twój Eryk”.

Komentując ten list, 22 lipca 1944 roku, na 10 dni przed swoją śmiercią, ks. Tadeusz pisał do przyjaciela ks. Tadeusza Pecolta: „Od pewnego czasu obchodzą mnie sprawy kapłańskie żywiej niż dotychczas. Dziwne są drogi Opatrzności. Zaczęło się od przeczytania listu jednego kapłana niemieckiego. Przytaczam Ci ten list. Na mnie zrobił niezwykłe wrażenie. Pomódl się za mnie, bym chociaż trochę zrozumiał urok tej pracy i odpowiedział wiernie wszystkim łaskom, jakie mi są w zamiarach Bożych przydzielone”. 10 dni żył treścią tego listu. Nie wiedział, że ten list poprowadzi go do Boga. 1 sierpnia o godzinie 1600, jako kapelan u Sióstr Urszulanek Szarych Serca Jezusa Konającego w Warszawie, jak zwykle rozpoczął codzienną adorację Najświętszego Sakramentu. Godzinę później posłyszano strzały. Szybko uświadomiono sobie – godzina Powstania wybuchła, zbliża się wolność. Wolność od samego początku okupiona cierpieniami i śmiercią. W domu sióstr rozległy się wołania o pomoc dla pierwszych rannych. Ksiądz Tadeusz, tak jak klęczał przed Najświętszym Sakramentem w komży i stule, wziął święte oleje, by iść do nich z posługą kapłańską. Tak trafiła go seria z karabinu maszynowego. Po kilkunastu minutach przyniesiony do domu sióstr, nie chciał żadnych środków znieczulających, chciał umierać świadomie. Prosił księdza, by mógł raz jeszcze przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania, mimo że już do tego sakramentu niedawno przystępował. Jego ostatnie słowa, to słowa o miłości do Chrystusa, do Jego serca, całkowicie oddające się Jemu za siebie i za innych. Taki odszedł z tego świata o godzinie 1800. Pierwszy kapelan, który zginął w tym niezwykłym wybuchu miłości do Ojczyzny, jaką było Powstanie Warszawskie. Jeden z pierwszych świadków tego, jak dla Ojczyzny nie ma rzeczy, której by nie należało oddać. Został najpierw pochowany na podwórku salezjańskiego domu naprzeciw domu sióstr urszulanek. W kwietniu 1945 roku jego ciało zostało przyniesione do rodzinnej parafii w Chruślinie. W 1964 roku, w dwudziestolecie Powstania Warszawskiego, alumni Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi przybyli do jego grobu, by się modlić. Dzisiaj jego doczesne szczątki chcemy pochować w naszej Katedrze przy tablicy mówiącej o 153. innych kapłanach Diecezji Łódzkiej, którzy podobnie jak on żyli kapłańskim życiem do końca, wpisanym w to, by dać najwyższe świadectwo o Bogu, o człowieku, o Ojczyźnie. Jego proces beatyfikacyjny trwa. Miejmy nadzieję, że już wkrótce będzie z kolejnymi bohaterami tamtego czasu wyniesiony do chwały ołtarzy i ogłoszony błogosławionym świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła. Pozostawił po sobie pamięć. Młody, trzydziestoletni człowiek, po zaledwie sześciu latach kapłaństwa.

Pozostawił po sobie młodzieńcze wiersze. Pierwszy, który nosi tytuł Me cele, zawiera następujące zdania:

Całe me życie na ołtarz złożę,

Ołtarz ofiary – uświęcony!

Serce moje wszystkim otworzę,

Bo we mnie jest Ten – Nieskończony.

A w wierszu Szukałem Boga wyznał:

Zostałem wreszcie nasycony

W ludzkiej krew łzawych nizinie

Znalazłem potęgę wieczną u Boga

W cierpieniach mojej godzinie.

I na koniec jeszcze jeden wiersz, noszący tytuł Bezsilny ból:

Wzlecę na skrzydłach w tę dal wysoką,

Wzlecę w te błędne, niezmierzone strony,

W zawrotny bezmiar, gdzie mi wskaże oko,

Gdzie bytu zagadka – Ten Nieskończony.

Wiara i miłość skrzydłami mi będą

W locie do słońca, w niebieskie przestworze,

Przemierzę przestrzenie w szalonym zapędzie,

Przed Tobą padnę, wiekuisty Boże!

W tych trzech wierszach, w tych trzech fragmentach utworów księdza Tadeusza Burzyńskiego, wyrażone są jego ideały, zapisany jest jego trud poszukiwania Boga i jego wyznanie nadziei, że Bóg przygarnie go na wieczność. Te wiersze Bożego Sługi, tak bardzo dzisiaj czczonego przez nas, są odpowiedzią na to, co się obecnie dzieje dzisiaj w Europie i co przenika również do Polski – odpowiedzią na nihilizm i na pogaństwo, które dąży do tego, aby z przestrzeni publicznej wykreślić imię Boga, aby odrzucić autentyczny humanizm chrześcijański, aby podważyć pojęcie honoru i aby szyderczo wyśmiać miłość do Ojczyzny, przedstawiając ją jako przejawy nacjonalizmu i ksenofobii.

Sługa Boży, którego relikwie na zakończenie tej Mszy Świętej spoczną w łódzkiej Katedrze, uczy nas, co znaczy do końca wierzyć w Boga, co znaczy człowiek, który ceni swój honor, i jak świętą sprawą jest dla nas wszystkich Ojczyzna.