Święto wielkich świadków – Homilia arcybiskupa metropolity łódzkiego Marka Jędraszewskiego
11:23 | 12.06.2014 | Wyświetleń: 35
abp

Dzień 24 czerwca 2014 roku: święto wielkich świadków. Święto wielkiego świadka Jezusa Chrystusa, gdyż dzisiaj obchodzimy w liturgii Kościoła urodziny św. Jana Chrzciciela. Święto świadka Polski, gdyż dzisiaj przypadają imieniny Jana Kozielewskiego-Karskiego. Ponieważ św. Jan Chrzciciel był niebiańskim patronem Jana Kozielewskiego-Karskiego, spróbujmy spojrzeć na życie tego wybitnego Polaka przez pryzmat tego, którego od chwili swego chrztu nosił imię.

Najpierw czas przygotowania do czekających ich życiowych misji. Dla Jana Chrzciciela był to czas pustyni. „Jan nosił [tam] odzienie z sierści wielbłądziej i pas skórzany około bioder, a żywił się szarańczą i miodem leśnym” (Mk 1, 6). Tam rósł i wzmacniał się na duchu, pogrążony w modlitwie, oddany pokucie. Jan Kozielewski wzrastał tutaj – w Łodzi, w swoim rodzinnym mieście, w domu przy ulicy Kilińskiego 71, pośród przyjaciół i kolegów, nauczycieli i wychowawców, od początku związany z Kościołem katolickim. Rodzinny dom, kształtowany przez jego matkę, żyjącą legendą komendanta Józefa Piłsudskiego i jego Legionów, był pełen patriotycznych tradycji. Trudno się zatem dziwić, że starszy brat Jana zaciągnął się do Legionów. W 1918 roku wybuchła dla Polski niepodległość. Nadszedł dla niej czas wzrastania w wolności, czas szukania przez nią miejsca pośród innych państw i narodów Europy, a jednocześnie czas szukania tożsamości przez jej obywateli. Młody Jan Kozielewski wzrastał w mieście, które było naznaczone wielokulturowością. Tę cechę Łodzi chłonął w siebie i przyjmował jako prawdę o Europie. Prawdę, która bynajmniej nie każe przekreślać własnej, polskiej tożsamości, ale, przeciwnie, podkreślając ją, pozwala budować mosty otwierające drogę ku innym. Dlatego naturalne dla niego było to, że wzrastał w chrześcijańskim etosie życia publicznego i rodzinnego – i w konsekwencji tego został członkiem Sodalicji Mariańskiej oraz należał do Związku Harcerstwa Polskiego. Te tradycje kontynuował później, kiedy z racji podjętych studiów przeniósł się do Lwowa, do miasta równie jak Łódź naznaczonego wielokulturowością. Tam wstąpił do Legionów Młodych Akademickiego Związku Pracy dla Państwa, tam też został członkiem ruchów patriotycznych związanych z kultem marszałka Piłsudskiego. Niejako naturalnym tego przedłużeniem była praca Kozielewskiego w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i jego pobyt w Konsulacie Polskim w Londynie pod troskliwym okiem ambasadora Edwarda Raczyńskiego.

Następnie nadszedł czas wypełniania misji. W przypadku Jana Chrzciciela chodziło o spełnienie tego, co zapowiedział jego ojciec, Zachariasz, w Kantyku wyśpiewanym z okazji narodzin syna: „A ty, dziecię, prorokiem Najwyższego zwać się będziesz, bo pójdziesz przed Panem torując Mu drogi; Jego ludowi dasz poznać zbawienie, [co się dokona] przez odpuszczenie mu grzechów, dzięki litości serdecznej Boga naszego” (Łk 1, 76–78). Głównym zadaniem Jana Chrzciciela było zatem obwieszczanie narodowi izraelskiemu radosnej wieści, że czas się wypełnił i że w jego dzieje wkroczył już Mesjasz, niosący wszystkim zbawienie. Stąd słowa Jana Chrzciciela wskazujące na Jezusa z Nazaretu: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1, 29). To Janowe świadectwo bynajmniej nie wypływało z czysto subiektywnego, a więc podatnego na ułudę i błąd, przekonania. Jan wskazał na Jezusa jako oczekiwanego przez wieki Mesjasza Pańskiego pod wpływem Ducha Świętego, zgodnie z tym, co usłyszał: „Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym” (J 1, 33). Jan Chrzciciel ujrzał Ducha nad Jezusem, gdy Ten wyszedł z wód Jordanu, i zrozumiał swoje miejsce w historii zbawienia. Chrzcił przecież tylko wodą. Natomiast wiedział, że Mesjasz przyjdzie chrzcić „Duchem Świętym i ogniem” (por. Mt 3, 11). Z tej wiedzy wynikała jego pokora, czyli szczególna moc ducha wypływająca z najwyższego szacunku do obiektywnej prawdy. Zdecydowanie odrzucał błędne mniemania ludzi co do niego i co do misji zleconej mu przez Boga. Był tylko heroldem Tego, który miał nadejść. Stąd jego słowa: „Po mnie idzie [Ten], któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka od Jego sandała” (J 1, 27). Wraz z tą pokorą szła w parze świadomość konieczności usuwania się w cień: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał” (J 3, 30).

Dla Jana Kozielewskiego, a od chwili wybuchu drugiej wojny światowej Jana Karskiego, głównym zadaniem było przekazanie Zachodowi prawdy o okupowanej Polsce, o mordowaniu polskiej inteligencji, o beznadziejnym losie Żydów nieludzko stłoczonych w gettach i czekających na transport do komór gazowych. Trzykrotnie podejmował się tej misji. Był w Paryżu, w Londynie, w Stanach Zjednoczonych. Udawał się tam jako aktywny członek Polski Podziemnej, jako oficer Armii Krajowej, jako naoczny świadek tego, co dzieje się z Żydami w ramach tak zwanego „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Był dwukrotnie w getcie warszawskim, był także w Izbicy Lubelskiej i osobiście widział, w jak okrutnych warunkach transportuje się Żydów wysyłanych do obozu śmierci w Bełżcu. Szedł z tym przerażającym w swej wymowie przesłaniem prawdy do wielkich alianckiego świata, wzmocniony Bożą łaską. Jakże znamienne było jego pożegnanie się z Ojczyzną, kiedy miał wyruszyć do Londynu w 1942 roku! W kościele Świętego Krzyża w Warszawie, wraz Zofią Kossak-Szczucką i Witoldem Bieńkowskim, wziął udział we Mszy Świętej, którą sprawował ks. Edmund Krauze, kapelan AK. Na zakończenie Mszy Świętej ks. Krauze wręczył mu szkaplerz, a w nim konsekrowaną Hostię, ze słowami: „Władze Kościoła służącego umęczonej Ojczyźnie upoważniły mnie, abym obdarował cię, polski żołnierzu, tym oto szkaplerzem zawierającym Ciało Chrystusa. Nie rozstawaj się z Nim w drodze. Gdy znajdziesz się w niebezpieczeństwie, spożyj Hostię. Ciało Pana uchroni cię przed złem”. Uchroniło. Dotarł do Londynu i po trzech tygodniach w polskim kościele w stolicy Wielkiej Brytanii mógł spożyć Komunię świętą, którą niósł z sobą tak wiernie. W pełnieniu swej misji umacniał się modlitwą, którą w 1943 roku ułożył Pius XII, a którą on, Jan Karski, uczynił swoją własną:

Najświętsza Panno, Matko Boska umiłowana i czczona

w swej Jasnogórskiej świątyni,

gdzie od wieków jesteś szafarką łask dla wiernego Ci ludu.

Pokornie Cię błagamy,

abyś jak dawniej ojców naszych z tylu wybroniła niebezpieczeństw,

tak nam obecnie na pomoc przybywaj.

O błogosławiona zawsze Królowo Polski. Amen.

Ile razy to „Amen” wypowiadał na zakończenie tej modlitwy, wie tylko sam Pan Bóg. Zapewne czynił to często, bo nadszedł dla niego czas niełatwego osobistego świadczenia o tym wszystkim, co głosił. Prawda ma to bowiem do siebie, że domaga się martyrium, czyli świadczenia, niekiedy aż po świadectwo w postaci przelanej krwi i oddania życia. Tak było w przypadku św. Jana Chrzciciela, który został skazany na ścięcie w pałacu Heroda Agryppy. Jan Karski też świadczył, zwłaszcza wtedy, kiedy w 1940 roku przyszło mu przeżyć gehennę w kazamatach gestapo w Nowym Sączu. Bał się, że nie wytrzyma dalszych tortur, że ulegnie i że wyda kolegów z konspiracji. Targnął się wtedy na własne życie. Odratowano go. Akcja kolegów z AK sprawiła, że odzyskał wolność za cenę represji i śmierci innych członów należących do struktur Armii Krajowej w Nowym Sączu i w jego okolicach. Po zakończeniu wojny w 1945 roku nie miał już możliwości powrotu do Kraju. Wyraził to jednoznacznie Stanisław Mikołajczyk, premier rządu londyńskiego, który powiedział: „Gdyby Pan wrócił do kraju i zaczął mówić, zaaresztowaliby Pana w dwa tygodnie. Łamali Panu żebra Niemcy. Ja nie chciałem, żeby łamali Panu żebra Polacy”. Więc został na Zachodzie i świadczył dalej o Polsce.

Świętemu Janowi Chrzcicielowi była dana możliwość spojrzenia na to, czym zakończyła się jego misja i jego świadczenie o Mesjaszu, który „nawiedził lud swój” (Łk 1, 68). Wiedział, niektórzy z jego uczniów poszli za Jezusem Chrystusem. Byli również i tacy ludzie, którzy chcieli go nadal słuchać, którzy cenili go za to, co mówił – nawet jeśli to była „twarda mowa”. Do nich należał sam król Herod Agryppa, który jednak w momencie próby, na skutek intrygi uknutej przez Herodiadę, odwrócił się od wymogów prawdy i skazał Jana Chrzciciela na śmierć.

Także Jan Karski mógł ocenić skuteczność tego, o czym mówił na różnych areopagach świata. Ku swemu ogromnemu bólowi, choć nie zniechęceniu, co rusz napotykał na opór. Nie chciano uznać prawdziwości tego, co głosił. Tym bardziej pozostawano w głuchym milczeniu, gdy błagał o pomoc dla tych, którzy pozostali w Polsce wydani na ogrom prześladowań – dla Polaków i Żydów. Felix Frankfurter, sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, przyjaciel prezydenta Roosevelta, wyraził to, co myślało także wielu innych, prawdziwie znaczących wtedy ludzi: „Panie Karski, człowiek taki jak ja, który rozmawia z człowiekiem takim jak Pan, musi być całkowicie szczery. Toteż ja Panu mówię: nie jestem w stanie uwierzyć w to, co tu usłyszałem. W to wszystko, co mi Pan powiedział”. Frankfurter nie powiedział, że Karski jest kłamcą. On po prostu nie chciał Karskiemu uwierzyć. Być może ogrom ukazanej mu przez Karskiego prawdy przytłaczał go. Ale, być może, ta prawda domagała się radykalnego „Nie” powiedzianego przez wielkich tego świata. A ci wikłali się w wielką geopolitykę i myśleli przede wszystkim o własnych interesach. Dlatego stało się to, co się stało. Zachód wiedział o martyrologii Polaków i Holokauście Żydów, ale milczał. Jakże symbolicznym, a równocześnie tragicznym finałem tej postawy stał się sierpień 1944 roku. Powstanie Warszawskie i armia Stalina, która patrzyła na walczące i płonące bohaterskie miasto. W tym samym czasie przystąpiono do likwidacji getta w Łodzi. Gdyby armia sowiecka ruszyła do walki, Warszawa byłaby wolna, a wiele dziesiątków tysięcy żydowskich mieszkańców naszego miasta by ocalało. Jednak zimny rachunek geopolityczny dyktował zupełnie inną postawę – postawę cynicznego milczenia i powstrzymania się od jakichkolwiek działań. Tak jakby w dziejach nie tylko poszczególnych ludzi, ale całych narodów nic tragicznego się nie działo.

Po wiekach i latach mamy prawo zapytać, w jakiej mierze świadectwo Jana Chrzciciela, z jednej strony, i Jana Karskiego, z drugiej, przedarło się i weszło w świadomość nie tylko współczesnych im, ale również w świadomość żyjących już po nich, ludzi. Nasza odpowiedź musi być, niestety, negatywna. Ciągle trwa bowiem zmaganie prawdy z kłamstwem. Zmaganie niełatwe dla prawdy. W przypadku świadectwa, jakie dał Jan Chrzciciel o Chrystusie jako Mesjaszu i Baranku Bożym, z bólem musimy stwierdzić: zostało ono przez naród izraelski odrzucone. Już podczas swej mesjańskiej misji Jezus z Nazaretu spotykał się z pomówieniami i kłamstwami. Ostatecznie skazano Go na okrutną śmierć, gdyż wobec arcykapłana Kajfasza wyznał, że jest Mesjaszem, Synem Bożym (por. Mt 26, 63–66). Później rozprzestrzeniło się wielkie kłamstwo związane z Jego zmartwychwstaniem. Kłamstwo arcykapłanów i starszych, którzy dali żołnierzom strzegącym Chrystusowego grobu „sporo pieniędzy i rzekli: «Rozpowiadajcie tak: Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali»” (Mt 28, 12–13). Kłamstwo trwające w różnych odmianach i odcieniach po dzień dzisiejszy. Iluż jest, także współcześnie żyjących, głośnych ludzi, którzy za wszelką cenę chcą przekonywać świat, że nie było Jezusa z Nazaretu, że nie było Jego dokonań, a na pewno że nie był On Synem Bożym?

Czy Jan Karski utorował światu prawdę o męczeńskiej Polsce i o Holocauście Żydów? W odpowiedzi na to pytanie przypomnijmy sobie powszechnie znane fakty: co jakiś czas toczą się procesy o tak zwane kłamstwo oświęcimskie i co jakiś czas pojawiają się w prasie światowej informacje o polskich obozach koncentracyjnych. To bardzo boli. To musi nas boleć.

Cóż zatem pozostaje? Nadzieja! Nadzieja pokładana w Bogu, najwyższej i jedynej Prawdzie, w Bogu, który jest władcą dziejów świata i historii poszczególnych ludzi. Święty Jan Chrzciciel może odnieść do siebie słowa proroka Izajasza czytane w dzisiejszej Mszy Świętej: „Próżno się trudziłem, na darmo i na nic zużyłem me siły. Lecz moje prawo jest u Pana i moja nagroda u Boga mego. Wsławiłem się w oczach Pana, Bóg mój stał się moją siłą” (Iz 49, 4–5). Rzeczywiście – wsławił się. Stąd to święto, które Kościół obchodzi w swej liturgii od tylu już wieków. Święto tego, który torował drogi dla Pana. Święto tego, który jest wzorem dla wszystkich, którzy mają odwagę iść do świata w imię prawdy – nawet jeśli to pójście miałoby być „w porę”, a jeszcze bardziej „nie w porę” (por. 2 Tm 4, 2). Natomiast w przypadku Jana Karskiego pozostaje, wręcz zostaje umocniona w nas ta nadzieja, jaką także on w Bogu do końca pokładał. Kaja Mirecka-Ploss, z którą się przyjaźnił i z którą spędził jesień swego życia, tak opisywała jego ostatnie dni: „Pamiętam powiedzenie Jana – Jeśli Bóg zamyka przed tobą jedne drzwi, to tylko po to, aby otworzyć kolejne. Pamiętam dzień 9 lipca 2000 roku. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam: on umiera. To była niedziela, zastałam go modlącego się. Zapytałam: «O co się modlisz?». On odpowiedział: «O spokojną śmierć». Umarł cztery dni później. Zadzwonili ze szpitala, musiałam zidentyfikować ciało, włożyłam mu w dłonie mój różaniec. Bo z jego różańcem zostanę pochowana ja”.

Dzisiaj wysławiamy Boga za św. Jana Chrzciciela, który jest pomostem między Starym a Nowym Testamentem – pomostem dlatego, że do końca dawał świadectwo o Prawdzie. Dzisiaj też, w setną rocznicę urodzin Jana Kozielewskiego-Karskiego i dokładnie w setną rocznicę jego imienin, dziękujemy Bogu za tego wspaniałego Polaka, Łodzianina, Patriotę. Dziękujemy za to, że wierzył w Boga, który jest Ojcem wszystkich ludzi. Za to, iż z tej prawdy wyciągał dla siebie i dla innych przesłanie, że pomiędzy ludźmi trzeba budować pomosty, że trzeba się nawzajem wspomagać, że trzeba innych ratować. Dziękujemy dziś Bogu za to, że Jan Kozielewski-Karski nie tylko w to wierzył, ale że tą prawdą odważnie żył w najbardziej dramatycznym czasie najnowszej historii świata.