Byśmy byli wierni słowom wypowiedzianym w dniu święceń – Msza Święta Krzyżma
11:07 | 17.04.2014 | Wyświetleń: 35
abp

(Bazylika Archikatedralna, 17 kwietnia 2014 roku)

Słowa Proroka Izajasza stanowiły zapowiedź mesjańską i oczekiwanie: „Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej” (Iz 61, 1–2).

Razem z tą mesjańską zapowiedzią łączy się kolejna, odnosząca się do ludu mesjańskiego, do tych, którzy przyjmą Mesjasza Pańskiego i pójdą za nim. „Wy zaś będziecie nazywani kapłanami Pana” – mówił Izajasz w imieniu Boga – „mienić was będą sługami Boga naszego” (Iz 61, 6a). A lud izraelski wyczekiwał przyjścia Mesjasza i ugruntowywał się w tym przekonaniu, że jest istotnie narodem wybranym, przeznaczonym do specjalnej misji. Z tymi oczekiwaniami łączyły się także najrozmaitsze wyobrażenia: kim będzie ów Mesjasz, co uczyni, jaką godnością będą się cieszyli ci wszyscy, którzy przyjmą Go jako namaszczonego Pańskiego wysłannika. Można wyobrazić sobie zdumienie mieszkańców Nazaretu, kiedy po wiekach, siadł pośród nich, w ich synagodze Syn ich ziemi, ich miasta, znany im wszystkim Jezus, syn cieśli, i powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli” (Łk 4, 21). Wiemy, jak wygląda dalsza relacja św. Łukasza odnośnie do tego wydarzenia: mieszkańcy Nazaretu, powołani, aby być ludem mesjańskim, powstali i pełni gniewu wyrzucili Jezusa z miasta.

Dalsze nauczanie Chrystusa będzie, z jednej strony, głoszeniem prawdy o Bogu, który do końca umiłował świat, ciągle potwierdzane wielkimi znakami i cudami. Natomiast z drugiej strony, będą oszczerstwa i bluźnierstwa, a także pomówienia, że czyni to wszystko mocą Belzebuba. Tak będzie aż po Paschę – aż po Jego przejście z tego świata do Ojca przez cierpienie, mękę, śmierć, a potem zmartwychwstanie i wstąpienie do nieba.

Razem z Nim, z Chrystusem, Mesjaszem Pańskim tworzy się nowy lud mesjański, skupiony zwłaszcza wokół najbliższych uczniów, budowany na ich wierze, zwłaszcza na wierze Piotra. Ale wiemy też, że w tym szczególnym gronie trzeba będzie oddzielić tych, którzy zawierzyli Mesjaszowi, od tych, w których sercu rodzi się zdrada. Dlatego jakże dramatycznie brzmią w Ewangelii św. Jana słowa o Judaszu, który po wspólnym spożyciu kawałka chleba zostawił Pana pośród ciemności nocy, by sprowadzić straże, które miały Go pojmać i uwięzić. Jednocześnie Chrystus mówi do pozostałych uczniów: „Dzieci, jeszcze krótko jestem z wami. Będziecie Mnie szukać, ale – jak to już Żydom powiedziałem, tak i teraz wam mówię – dokąd Ja idę, wy pójść nie możecie” (J 13, 33). Do tych słów nawiązał Piotr: „«Panie, dokąd idziesz?» Odpowiedział mu Jezus: «Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz»” (J 13, 36).

I jeszcze dwa niezwykle dramatyczne momenty. Pierwszy, który niejako dzieli na dwie części mowę pożegnalną Jezusa z Wieczernika. Jego słowa, będące wezwaniem: „Wstańcie, idźmy stąd!” (J 14, 31). Idźmy na spotkanie tego, co za chwilę się stanie. Potwierdzone raz jeszcze w Ogrójcu, tym razem przekazane nam przez św. Marka:. „Gdy [Jezus] przyszedł po raz trzeci, rzekł do nich: «Śpicie dalej i odpoczywacie? Dosyć! Przyszła godzina, oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca»” (Mk 14, 41–42). Wyjdźmy razem na spotkanie zdrajcy i tego wszystkiego, co wiąże się z nieprzewidywalnymi dla człowieka wyrokami samego Boga, który taką a nie inną drogą: cierpieniami, męką i śmiercią Swego Jednorodzonego Syna zechciał nas zbawić.

Drodzy Siostry i Bracia, zwłaszcza Wy – Drodzy Bracia w kapłaństwie!

Patrząc na trwające już prawie dwa tysiące lat dzieje Kościoła, bez trudu dostrzegamy, że są one naznaczone ciągłym wezwaniem Pana Jezusa, skierowanym do tych, których w momencie święceń nazwał swoimi przyjaciółmi: „Wstańcie, chodźmy!”. Chodźmy razem dla zbawienia świata. Chodźmy razem, mimo że dzieli nas pewna owa przestrzeń czasu zawarta między wezwaniem a spełnieniem, którą symbolicznie wyznaczają słowa, Pana Jezusa skierowane do Piotra: „Dokąd Ja idę, ty teraz za Mną pójść nie możesz, ale później pójdziesz” (J 13, 36).

Jakże w tym momencie nie odwołać się najpierw do szczególnego świadectwa, jakie przypadkowo zostało mi przekazane stosunkowo niedawno, przez jednego z krewnych ks. prof. Seweryna Kowalskiego? Jak wiemy, ks. prof. Kowalski, wybitny polski biblista, urodzony w Pleszewie w 1890 roku, absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, Lwowskiego i rzymskiego Biblicum w Rzymie, w 1939 roku, tuż przez wybuchem wojny, został mianowany przez kardynała prymasa Augusta Hlonda rektorem poznańskiego Wyższego Seminarium Duchownego. W listopadzie 1939 roku został aresztowany przez gestapo, a potem osadzony w obozie koncentracyjnym w Dachau, następnie w Gusen. Wypuszczony na wolność w 1942 roku, udał się do Warszawy i był tam dziekanem Wydziału Teologicznego Tajnego Uniwersytetu Zachodniego, który w podziemiu kontynuował działalność Uniwersytetu Poznańskiego. Potem wykładał nauki biblijne w Wyższym Seminarium w Gnieźnie. Umarł w 1956 roku. Rok po jego śmierci opublikowano największe dzieło jego życia, pierwsze polskie tłumaczenie całego Nowego Testamentu z języka greckiego. W latach powojennych pisał wspomnienia tego, co przeżył w czasach pogardy. Oto jego świadectwo odnoszące się do pobytu w obozie koncentracyjnym w Gusen:

Przed laty byłem w Ziemi Świętej. Nogi nieśmiało tylko stąpały po tej świętej ziemi. Wszędzie wspomnienia. Najczulsze wspomnienia o Zbawicielu, którego zwiastowały nam najpierw usta Matki. Potem jedyna złota książeczka biblijna z opowiadaniem o Jego życiu, dobroci, o śmierci Jego, o zmartwychwstaniu. A kiedy szedłem Drogą Krzyżową, tą samą, którą stąpał Zbawiciel, wiedziałem, że to chwila jedyna, która nie wróci. Zapomniałem o ziemi, dusza tylko i serce oddane Chrystusowi Panu – śpiewały Gorzkie żale, chyba najserdeczniejsze w życiu. Minęły lata, minęło życie, zawlekli mnie do Gusen. Nie wierzcie żadnym opisom tego obozu, wy, wolni na świecie ludzie. Wszystko, co wam powiedzą, to literatura, to blade wspomnienie, to dźwięk słów słabych, niemocnych – błędnych słów. Nad Gusen stoi ten sam napis co nad piekłem dantejskim: „Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wstępujecie”. Porzucić nadzieję, to znaczy: iść do piekła. Nie, nadziei nie porzucamy. W tej nędzy bezbrzeżnej, w tej nieludzkiej nędzy, wita mnie uśmiech młodego kleryka. Wraz z ojcem i bratem zawleczono go do Gusen. Za nic. Jak wszystkich innych. Na pogodnej twarzy młodzieniaszka nie ma rozpaczy. Bez patosu, ale poważnie powiada, że umarł ten i ów kolega tej nocy, a tamten zabity. A potem rozjaśnia się znów jego twarz i pyta – prawda, że i z Gusen jest wyjście w lepszy świat, wyjście w górę? O złoty, jedyny młodzieniaszku! Ustawiamy się w szeregi, aby wyjść za bramę obozową w kamieniołomy. Obok mnie ów kleryk. Przede mną blady, słaniający się już ksiądz M. Idziemy w przemoczonych drelichach. Oślizgłe drewniaki grzęzną w błocie, oblepione gliną. Na sine, zziębnięte ciało spływają strugi deszczu. Niebo szare i bez promyku słońca. Wachmanowie schronili się pod dachy budek, chociaż odziani są w dobre płaszcze i nieprzemakalne ochraniacze. Więc idziemy sami, nie – wleczemy się. Korowód cieni. Opuchnięte, pokrwawione nogi już nieść nie chcą. Twarze nabrzmiałe i pełne sińców od uderzeń pięścią lub kolbą. Wtedy odwraca ksiądz M. głowę ku nam. Głowę zbitą i obandażowaną i nie zapowiadając nabożeństwa mówi: W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Stacja Pierwsza. Pan Jezus staje przed Piłatem, który go skazuje na śmierć. Cisza. Rozważanie. Potem Ojcze nasz. A po dalszych umęczonych krokach Stacja Druga i Stacja Trzecia. Nikt się nie wyłamuje. Wszyscy odmawiają Drogę krzyżową. Odmawiają? Oni odprawiają, odbywają, idą Drogą krzyżową. Idzie tłum chrześcijan niosących ciężkie krzyże, pod którymi upada i znów się podnosi. Idzie na Kalwarię. Raz po raz warknie wachman, inny dopadnie i pobije pierwszego z brzegu dotkliwie. To są ci siepacze, którzy srożyli się nad mdlejącym Zbawicielem. Tylko nie spotykamy tych dusz litościwych, które spotkały Zbawiciela na Drodze krzyżowej i płakały nad Nim. W Gusen ich nie ma. Wszystko, co mówi językiem niemieckim przeklina nas i lży. Dwunasta Stacja. Ukrzyżowanie. O tak. Iluż nie wróci z dzisiejszej Drogi krzyżowej? Więc trzeba odmówić prośby za swoich katów. Ojcze, daruj im, bo nie wiedzą, co czynią. Nie chcemy się mścić. Dusze mienią się i anieleją. Dla nas jedna tylko droga wolna – droga w górę. Nie, nie w Jerozolimie odprawiałem najpiękniejszą Drogę krzyżową, lecz w Gusen. Tu dźwigałem wraz z braćmi skazanymi na śmierć krzyż, we krwi i pocie. Kto z nas wróci do życia, tego życia het, daleko, za odrutowanym obozem. Chyba nikt. Idziemy na Kalwarię, żeby konać. Ale nad krwią zbroczonymi skroniami promieniuje już jasność, wieniec wiekuistej nagrody, w sercu rozlewa się cisza i pokój, którego świat dać nie może. I którego nie mogą nam wyrwać nawet esesmani.

Drodzy Bracia! W różnych zakątkach ziemi, dzisiaj, są nasi bracia chrześcijanie, także kapłani, którzy idą właśnie w taki sposób na Kalwarię. Nie wolno nam dzisiaj o nich nie pamiętać.

Jeszcze jedno słowo skierowane przez Ojca Świętego Franciszka do Biskupów Polskich, będących w Watykanie na początku lutego tego roku z wizytą ad limina Apostolorum. Najpierw słowo odnoszące się do seminariów duchownych. Odbywającej się w seminariach formacji intelektualnej musi, jak pisze Papież, „zawsze towarzyszyć formacja ludzka i duchowa, aby żyli w intensywnej, osobistej relacji z Dobrym Pasterzem, [aby] byli ludźmi wytrwałej modlitwy, otwartymi na działanie Ducha Świętego, wielkodusznymi, ubogimi w duchu, pełnymi żarliwej miłości do Pana i bliźniego” (Słowo Ojca Świętego Franciszka do Konferencji Episkopatu Polski, Ad limina Apostolorum 2014, 7 II 2014 r.).

A potem słowa do kapłanów: „W posłudze kapłańskiej światło świadectwa mogłoby być przyćmione lub «ukryte pod korcem», jeśli zabrakłoby ducha misyjnego, chęci «wyjścia» w nieustannie ponawianym nawróceniu misyjnym, żeby szukać – także na peryferiach – i iść do tych, którzy oczekują na Dobrą Nowinę Chrystusa. Ten styl apostolski wymaga również ducha ubóstwa, wyrzeczenia, aby być wolnymi w głoszeniu i szczerymi w dawaniu świadectwa miłosierdzia. W związku z tym przypominam słowa błogosławionego Jana Pawła II: «Od nas wszystkich, kapłanów Jezusa Chrystusa, oczekuje się, abyśmy byli wierni wobec wzoru, jaki nam zostawił. Abyśmy więc byli dla drugich. A jeżeli mamy, żebyśmy także mieli dla drugich. Tym bardziej że jeśli mamy – to mamy od drugich […]. Stylem życia bliscy przeciętnej, owszem, raczej uboższej rodziny» (Przemówienie do alumnów, księży i zakonników, Szczecin, 11 VI 1987 r.)”.

Rozważamy dzisiaj, Drodzy Bracia w kapłaństwie, słowa Chrystusa: „Wstańcie, chodźmy!” (Mk 14, 42). Chodźmy Jego drogą, Jego wzorem, mocni Jego prawdą, silni nadzieją, że jedynie On jest Panem życia i do pełni życia nas doprowadzi. Stąd wdzięczność, zwłaszcza nas, kapłanów, wyrażająca się szczególnie w dzisiejszym dniu, radość, która rozbrzmiewa z czytanego dzisiaj fragmentu Apokalipsy św. Jana: „Temu, który nas miłuje i który przez swą krew uwolnił nas od naszych grzechów, i uczynił nas królestwem – kapłanami dla Boga i Ojca swojego, Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen” (Ap 1, 5b–6).

A jednocześnie moja do Was, Drodzy Bracia Kapłani, serdeczna prośba, do której skłoniła mnie modlitewna „Margaretka”, jaka towarzyszy mi już od wielu, wielu lat. Kiedy byłem jeszcze u progu biskupiego posługiwania w Poznaniu, nieznane mi siedem osób z Jeleniej Góry, których nigdy nie widziałem, postanowiły modlić się za mnie każdego dnia, zgodnie z zasadą Apostolatu „Margaretki”. Zawsze o tym przypominają w każde święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy. Kilka dni temu przysłały kartkę, zaczynającą się następująco: „Kochany Syneczku” i podpisane „Duchowe Matki”.

To jest Kościół! To jest poczucie wspólnoty! To jest zatroskanie o to, abyśmy byli wierni tym słowom, któreśmy wypowiedzieli w dniu święceń kapłańskich. Z tego wyrasta moja prośba do Was, Drodzy Bracia w kapłaństwie, abyście do swych codziennych modlitw dołączyli chociażby jedną dziesiątkę za braci, aby byli wierni Chrystusowi. Niezależnie od tego, jaką drogą przyszło im dźwigać Chrystusowy krzyż, aby byli wolni tą wolnością, którą obdarza nas Pan. I aby byli szczęśliwi tą miłością, która przekracza wszelkie mury i która sprawia, że rzeczywiście przyszło już i ciągle nadchodzi dzięki naszej kapłańskiej posłudze Królestwo Boże.