27.03.2017
Dziękczynienie Kościoła łódzkiego za pontyfikat Benedykta XVI
20:20 | 28.02.2013 | Wyświetleń: 74
abp

Homilia Arcybiskupa Metropolity Łódzkiego Marka Jędraszewskiego
(Bazylika Archikatedralna, 28 lutego 2013 r.)

„Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi. Nie obawia się, skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście. Także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców” (Jr 17, 7–8).

Ten tekst proroka Jeremiasza powstał ponad 2500 lat temu. Jakże przedziwnym i jednocześnie jakże wyraźnym echem tych słów są dwa następujące teksty.

Pierwszy z nich odnosi się do pamiętnego wieczoru 19 kwietnia 2005 roku. Wtedy to mogliśmy wsłuchać się w pierwsze słowa nowo wybranego Papieża, który przyjął imię Benedykt XVI. W loggi Bazyliki Watykańskiej mówił wtedy: „Po wielkim Papieżu Janie Pawle II księża kardynałowie wybrali mnie, prostego i pokornego pracownika Winnicy Pańskiej. Pociesza mnie fakt, że Pan umie pracować i posługiwać się narzędziami niewystarczającymi. Przede wszystkim powierzam się waszym modlitwom w radości zmartwychwstałego Pana, pełni zaufania w jego stałą pomoc idziemy naprzód. Pan nam dopomoże, a Maryja jego Najświętsza Matka będzie stać przy nas”.

I drugi tekst, który wygłosił Benedykt XVI w ostatnią niedzielę, 24 lutego, podczas modlitwy Anioł Pański. Ojciec Święty powiedział wtedy: „W orędziu na Wielki Post napisałem, że «życie chrześcijańskie to nieustanne wchodzenie na górę spotkania z Bogiem, aby później zejść, niosąc miłość i siłę, które z niego się rodzą, aby służyć braciom i siostrom z taką samą miłością jak Bóg» (nr 3).

Drodzy Bracia i Siostry, odczuwam, że to słowo Boże skierowane jest szczególnie do mnie, w tym momencie mojego życia. Pan wzywa mnie, bym «wyszedł na górę», aby jeszcze bardziej poświęcić się modlitwie i medytacji. Nie oznacza to jednak porzucenia Kościoła, a wręcz przeciwnie, jeśli Bóg mnie do tego wzywa, to właśnie po to, abym mógł nadal jemu służyć z takim samym oddaniem i taką samą miłością, z jaką czyniłem to dotychczas, aby w sposób bardziej dostosowany do mojego wieku i sił, służyć mu dalej. Prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny. Niech ona wszystkim nam pomoże, abyśmy zawsze naśladowali Pana Jezusa w modlitwie i czynnym miłosierdziu”.

Pierwszy zacytowany tekst nawiązuje do 19 kwietnia 2005 roku, dnia inaugurującego pontyfikat Benedykta XVI, drugi tekst jest przedostatnim w jego prawie ośmioletnim, Piotrowym posługiwaniu. W obydwu znajdujemy pięć tych samych elementów treściowych.

Pierwszy z nich to wybór i wezwanie. Wybór dokonany przez księży kardynałów podczas pamiętnego konklawe, po śmierci Jana Pawła II, wybór uznany jako przejaw woli Bożej. A teraz – w tym przesłaniu podczas modlitwy Anioł Pański – Benedykt XVI dwukrotnie mówi: „Pan wzywa mnie. Bóg mnie do tego wzywa”. Jakże w obydwu tych fragmentach, w tym z 2005 roku i w tym z roku obecnego, nie dosłyszeć echa słynnej formuły z konklawe, w momencie kiedy wybór jest już dokonany i trzeba się na to zgodzić. I wtedy w stosunku do nowo wybranego Papieża kardynał, który przewodniczy konklawe, wypowiada słowa, będące powtórzeniem tych samych słów, które przed wiekami Marta powiedziała do swojej siostry Marii Magister adest et vocat te („Nauczyciel jest tutaj i wzywa ciebie”).

Drugi element obydwu tekstów. Praca – która jest służbą. „Prosty i pokorny pracownik” – tak siebie określił tuż po wyborze na papieża, teraz wzywany, aby służyć.

Trzeci element – służba Bogu i Kościołowi. Benedykt XVI – tuż po swoim wyborze – nazwał się prostym, pokornym pracownikiem Winnicy Pańskiej, Kościoła. Teraz mówi, że chce mu służyć z takim samym oddaniem i z taką samą miłością, z jaką czynił to dotychczas, ale w sposób dostosowany do jego możliwości i sił.

Czwarty element – nastawienie na przyszłość. „Idziemy naprzód” – mówił Ojciec Święty, rozpoczynając swój pontyfikat. „Teraz chodzi o to, abym poświęcił się modlitwie i medytacji, i abym mógł w ten sposób nadal służyć”.

I na koniec element piąty – wspólny dla obydwu tekstów – ufność pokładana w Chrystusie i w Matce Najświętszej. „Pan nam dopomoże, a Maryja Jego Najświętsza Matka będzie stać przy nas” – mówił w ten pamiętny wieczór 19 kwietnia 2005 roku. W ubiegłą niedzielę podczas modlitwy Anioł Pański mówił: „Prośmy o wstawiennictwo Maryi Panny. Niech ona nam wszystkim dopomoże, abyśmy zawsze naśladowali Pana Jezusa w modlitwie i czynnym miłosierdziu”.

Co łączy te dwa teksty, co jest kluczem, który kazał Benedyktowi XVI właśnie tak rozpoczynać swój pontyfikat i niemal w podobny sposób go kończyć? Jakże, stawiając sobie właśnie to pytanie, nie sięgnąć do jego Encykliki Spe salvi, którą opublikował 30 listopada 2007 roku, w święto Apostoła Andrzeja.

Spe salvi facti sumus – to pierwsze słowa tego wielkiego dokumentu. „W nadziei już jesteśmy zbawieni” (Rz 8, 24). Są to słowa św. Pawła z Listu do Rzymian, a po nich następuje wyjaśnienie tych słów, a za nim obszerny fragment encykliki wyjaśniający, czym jest wiara, czym jest kroczenie drogą wiary, która znajduje moc w nadziei, bo wiara mówi o Bogu, do którego się dąży. Jeśli jest mowa o dążeniu, to myśli się o przyszłości. Ale w przypadku wiary i nadziei nie są to rzeczywistości przed nami zakryte i nieznane. Przeciwnie, one już w nas działają i są, od chwili chrztu świętego – stąd wynika właśnie to przywołanie dawnego formularza sakramentu, który otwiera nam drogę do Kościoła i do Boga.

„Kapłan pytał najpierw – czytamy w Spe salvi – jakie imię rodzice wybrali dla dziecka, i kontynuował: «O co prosisz Kościół Boży?» Odpowiedź: «O wiarę». «Co daje ci wiara?» «Życie wieczne». W tym dialogu rodzice prosili dla dziecka o dostęp do wiary, wspólnotę z wierzącymi, gdyż w wierze upatrywali klucza do «życia wiecznego»”. I dlatego można powiedzieć, że jesteśmy już zbawieni mocą nadziei, która w nas jest tą potężną siłą, każącą iść naprzód ku Bogu, obecnym i działającym w nas. W centrum tej nadziei jest Jezus Chrystus.

W dalszej części Encykliki Spe salvi Benedykt XVI pisał: „W Nowym Testamencie to oczekiwanie Boga, to stawanie po stronie Boga zyskuje nowe znaczenie: Bóg objawił się w Chrystusie. Już nam przekazał «substancję» rzeczy przyszłych, i tak oczekiwanie Boga nabiera nowej pewności. Jest oczekiwaniem rzeczy przyszłych, wychodząc od teraźniejszości, która już została nam dana. Jest to oczekiwanie w obecności Chrystusa, z Chrystusem obecnym, aby dopełniło się Jego Ciało w perspektywie Jego ostatecznego przyjścia” (Spe salvi, 9).

Bóg w nas jest obecny i działa, a drogą wiary i siłą nadziei idziemy na pełne spotkanie właśnie z Nim. Już zbawieni mocą tej właśnie nadziei. A nie jest to droga łatwa. Ta droga, jak podkreślał Papież, domaga się najpierw wielkiej cierpliwości, zgodnie z tym co czytamy w Liście do Hebrajczyków: „Potrzebujecie bowiem wytrwałości, abyście spełniając wolę Bożą, dostąpili obietnicy” (Hbr 10, 36). Ta droga domaga się także wierności, bo w tym samym Liście do Hebrajczyków czytamy: „nie należymy do odstępców, którzy idą na zatracenie, ale do wiernych, którzy zbawiają duszę swoją” (Hbr 10, 39).

I tym słowom wtórują słowa św. Pawła z Drugiego Listu do Tymoteusza, listu, który był pożegnaniem Pawła ze światem tuż przed swoją męką: „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1, 7). Tą drogą szedł Benedykt XVI, pokazując światu, a zwłaszcza wskazując drogę Kościołowi, jak iść, wyznając wiarę w Trójcę Przenajświętszą i jak kroczyć z mocą, którą daje właśnie nadzieja. To dlatego w tylu jego przemówieniach i w tylu jego różnej rangi dokumentach mówi się o Chrystusie, o Logosie, w którym wszystko zostało stworzone, o Logosie, który rządzi wszystkim jako najwyższa mądrość, o Logosie, który jest fundamentem świata i podstawą wszelkiej zdrowej logiki. Mówił i świadczył o Chrystusie, zdając sobie sprawę z tego, że przychodzi bardzo często jemu samemu, Piotrowi naszych czasów, stawać się znakiem sprzeciwu, znaku sprzeciwu wobec świata, który próbuje bezpodstawnie wykazać złudność wiary chrześcijańskiej, propagując jednocześnie wiarę w tzw. postęp. Rzadko się zdarza, by w tej rangi dokumentach, jaką są encykliki, cytować filozofów i to jeszcze dalekich od Kościoła. Ale on właśnie w Encyklice Spe salvi odwołał się do znanej wypowiedzi jednego z najbardziej głośnych przedstawicieli szkoły frankfurckiej, do Teodora Adorno, który stwierdził kiedyś: Postęp, jeśli mu się przyjrzeć z bliska, jest postępem od procy do megabomby. Bo jeśli się patrzy na postęp w kategoriach czysto cywilizacyjnego rozwoju technicznego, to można i tak, i trzeba, niekiedy właśnie tak, na tzw. postęp ludzkości patrzeć.

Benedykt XVI jeszcze jako kardynał prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, ale także jako Papież, postrzegany był jako zdecydowany krytyk marksizmu i tych wszystkich form neomarksistowskich, które upatrywały ocalenia dla człowieka i swoistego zbawienia ludzkości, w samych tylko czysto zewnętrznych zmianach środowiska czy rzeczywistości, w jakiej żyjemy. Nie wystarczy zmienić warunków otaczającego nas świata, aby się zmienił na lepsze człowiek. Zmiana, jeśli ma być rzeczywista i trwała, musi zaczynać się od ludzkiego serca.

I na koniec, Benedykt XVI był jednoznacznym znakiem sprzeciwu wszelkich coraz bardziej zresztą agresywnych form liberalizmu, który chciał i pragnie za wszelką cenę oddzielić wolność od prawdy i wynieść tę wolność do wartości absolutnej i to jeszcze w imię egoizmu jednostki, która nie liczy się z niczym ani z nikim, i która jest gotowa obalić najbardziej podstawowe zasady zdrowego rozsądku. I stąd jego tak zdecydowana walka w obronie człowieka zagrożonego aborcją, eutanazją, tzw. związkami homoseksualnymi czy ostatnio ideologią gender.

Zadaniem, które zatem wyznaczył nam Ojciec Święty, jest ratowanie człowieka przed szaleństwem rozumu w imię wolności. To sprawiało, że wielokrotnie był on najbardziej nękanym przez media i przez różne opiniotwórcze środowiska człowiekiem współczesnego świata. A przecież tej walce ze złem zagrażającym człowiekowi towarzyszyła pełna wrażliwości, pełna głębi wiary i nadziei prawda, którą nieustannie głosił i która także znalazła swój wyraz w Encyklice Spe salvi.

Człowiek potrzebuje Boga, w przeciwnym razie nie ma nadziei. Nie ma wątpliwości, że Królestwo Boże realizowane bez Boga, a więc Królestwo samego człowieka, nieuchronnie zmierza ku perwersyjnemu końcowi, końcowi wszystkiego, jak to opisał Immanuel Kant: „widzieliśmy to i widzimy wciąż to na nowo”. Znamienne jest, że ta jego walka o człowieka, rozgrywająca się poprzez zmaganie się o to, aby w sercu człowieka i w świecie człowieka znalazł się Bóg, ma swoje odniesienie w Encyklice Spe salvi, w której dość obszerny fragment poświęcony jest duszpasterskiej posłudze św. Augustyna, duchowego mistrza Benedykta XVI od dawnych, jeszcze studenckich czasów. W jakiejś mierze możemy powiedzieć, że św. Augustyn to duszpasterski archetyp dla Benedykta – Augustyn filozof, wyrafinowany intelektualista, który powołany przez Boga, służy swojemu Kościołowi. Benedykt XVI pisał tak: „Gdy Augustyn uczestniczył w niedzielnej Mszy św. w portowym mieście Hipponie, został wywołany z tłumu przez biskupa i zmuszony do przyjęcia święceń kapłańskich i posługi w tym mieście. Wspominając to wydarzenie, napisał w Wyznaniach: «Przerażony moimi grzechami i brzemieniem mojej nędzy, biłem się z myślami i zamierzałem nawet uciec do pustelni. Lecz zabroniłeś mi tego i umocniłeś mnie słowami: ‘Oto za wszystkich Chrystus umarł, aby ci, którzy żyją, już nie dla siebie żyli, ale dla Tego, który za nich umarł’ (2 Kor 5, 15)». Chrystus umarł za wszystkich. Żyć dla Niego, to znaczy pozwolić się włączyć w Jego «być dla». Dla Augustyna oznaczało to całkiem nowe życie. Kiedyś tak opisał swoją codzienność: «Upominać niezdyscyplinowanych, pocieszać małodusznych, podtrzymywać słabych, zbijać argumenty przeciwników, strzec się złośliwych, nauczać nieumiejętnych, zachęcać leniwych, mitygować kłótliwych, powstrzymywać ambitnych, podnosić na duchu zniechęconych, godzić walczących, pomagać potrzebującym, uwalniać uciśnionych, okazywać uznanie dobrym, tolerować złych i [niestety!] kochać wszystkich»” (Spe salvi, 28–29).

„Ewangelia mnie przeraża” – to fragment 339 mowy Augustyna, a w komentarzu Benedykta odnajdziemy następujące słowa: „To ten zdrowy lęk nie pozwala nam żyć dla nas samych i popycha nas, abyśmy przekazywali naszą wspólną nadzieję. Właśnie to było intencją Augustyna: w trudnej sytuacji Imperium Rzymskiego, która stanowiła zagrożenie również dla rzymskiej Afryki, a pod koniec życia Augustyna doprowadziła do jej zniszczenia, przekazywać nadzieję – nadzieję, która rodziła się w nim z wiary i, choć był introwertykiem, uzdolniła go do zdecydowanego i ofiarnego uczestnictwa w budowaniu porządku doczesnego. W tym samym rozdziale Wyznań, w którym przed chwilą wyodrębniliśmy decydujący motyw jego zaangażowania «dla wszystkich», mówi: Chrystus «przyczynia się za nami. Inaczej – pozostałaby mi tylko rozpacz. Rozliczne bowiem i ciężkie są te moje choroby. Rozliczne są i ciężkie. Lecz nad nimi mają przewagę Twoje lekarstwa. Moglibyśmy mniemać, że Słowo Twoje dalekie jest od wspólnoty z ludźmi, moglibyśmy zwątpić w nasze ocalenie – gdyby Słowo Twoje nie stało się ciałem i nie zamieszkało między nami». Z mocą swojej nadziei Augustyn poświęcił się ludziom prostym i swemu miastu – zrezygnował ze szlachectwa duchowego, a głosił i działał w sposób prosty dla ludu prostego” (Spe salvi, 29).

Tyle Benedykt XVI w Spe salvi, a wczoraj na ostatniej swojej środowej audiencji powiedział: „Kiedy 19 kwietnia, niemal osiem lat temu, zgodziłem się przyjąć posługę Piotrową, silna była ta pewność, która mi zawsze towarzyszyła. W tym momencie, jak już wielokrotnie mówiłem, w moim sercu rozbrzmiewały następujące słowa: Panie czego ode mnie żądasz? Na moje ramiona nakładasz wielki ciężar, ale jeśli tego ode mnie żądasz, na Twoje słowo zarzucę sieci, będąc pewnym, że Ty mnie będziesz prowadził także pomimo wszystkich moich słabości. […] Powaga decyzji polegała właśnie na tym, że od tego momentu byłem już oddany zawsze i na zawsze Panu. Zawsze – ten kto podejmuje posługę Piotrową nie ma już żadnej prywatności. Zawsze i całkowicie należy do wszystkich, do całego Kościoła. Jego życie jest, że tak powiem, całkowicie pozbawione sfery prywatnej. Mogłem doświadczyć i doświadczam tego właśnie w tej chwili, że życie otrzymuje się właśnie wtedy, kiedy się je daje. Powiedziałem wcześniej, że wiele osób kochających Pana kocha również Następcę Świętego Piotra, są doń przywiązani. Papież ma rzeczywiście braci i siostry, synów i córki na całym świecie i czuje się bezpiecznie w ich wspólnocie, bo nie należy już do siebie samego, należy do wszystkich i wszyscy należą do niego”.

Mówiąc o nadziei, która jest siłą każącą iść naprzód, na spotkanie Boga, w Encyklice Spe salvi Benedykt XVI wskazał na trzy, jak to powiedział, szczególne miejsca, w których można się uczyć i ćwiczyć w nadziei. Pierwszym miejscem jest modlitwa osobista, liturgiczna, wspólnotowa, modlitwa Kościoła, bo dzięki niej, dzięki takiej modlitwie wielopostaciowej, możemy stawać się sługami nadziei dla innych. Papież pisał: „W rozmowie z Bogiem modlitwa publiczna musi zawsze splatać się z osobistą. W ten sposób możemy mówić do Boga, a Bóg mówi do nas. Tak dokonują się w nas oczyszczenia, dzięki którym otwieramy się na Boga i stajemy się zdolni do służby ludziom. Tak też otwieramy się na wielką nadzieję i stajemy się sługami nadziei wobec innych: nadzieja w sensie chrześcijańskim jest też zawsze nadzieją dla innych” (Spe salvi, 34).

Wczoraj podczas audiencji wyznawał: „W ciągu tych ostatnich miesięcy odczułem, że moje siły osłabły i nieustannie prosiłem Boga na modlitwie, aby oświecił mnie swoim światłem, żebym podjął najwłaściwszą decyzję, nie dla mego dobra, ale dla dobra Kościoła. Podjąłem ten krok z pełną świadomością jego wagi, a także nowatorstwa, ale z głębokim pokojem ducha”.

Drugie miejsce szkoły i ćwiczenia się w nadziei to cierpienie. „Cierpieć z innymi, dla innych; cierpieć z powodu pragnienia prawdy i sprawiedliwości; cierpieć z powodu stawania się osobą, która naprawdę kocha – oto elementy fundamentalne człowieczeństwa, których porzucenie zniszczyłoby samego człowieka” (Spe salvi, 39).

Zdolność do cierpienia z miłości do prawdy jest miarą człowieczeństwa. Patrząc na te prawie osiem ostatnich lat, możemy tylko domyślać się, jak często przychodziło mu cierpieć dla prawdy, nie swojej, ale prawdy Chrystusowej, nie wymyślonej przez niego, ale głoszonej przez święty katolicki i apostolski Kościół, częstokroć dziś wyśmiewany i wyszydzany. Echa drwin docierały poprzez różnorodne publikacje także do naszego kraju. Dla Benedykta XVI, człowieka ogromnej wrażliwości, podobnie jak św. Augustyn introwertyka, to musiało się gdzieś głęboko w sercu kumulować. W tym cierpieniu dla prawdy jednak trwał, bo doskonale wiedział, że tak trzeba, że trzeba wytrwać, by stawać się człowiekiem na miarę sługi Chrystusa, na miarę bycia Jego świadkiem.

Wczoraj podczas audiencji znalazł się fragment jego przemówienia, które jest echem tych jego osobistych cierpień: „Umiłowanie Kościoła – mówił Ojciec Święty – oznacza także odwagę, by podejmować trudne wybory, bolesne, mające zawsze na względzie dobro Kościoła, a nie samych siebie. Były też chwile w mijającym pontyfikacie, kiedy wody były wzburzone, jak w całej historii Kościoła, a Pan zdawał się spać, ale zawsze wiedziałem, że w tej łodzi jest Pan i zawsze wiedziałem, że łódź Kościoła nie jest moja, nie jest nasza, lecz Jego. To On ją prowadzi – rzecz jasna poprzez ludzi, których wybrał, bo tak zechciał. Taka była i jest pewność, której nic nie może przysłonić. I właśnie z tego powodu moje serce jest dziś wypełnione dziękczynieniem wobec Boga, który sprawił, że nigdy nie brakowało całemu Kościołowi, a także i mnie, Jego pociechy, Jego światła, Jego miłości”.

I trzecie miejsce szkoły i ćwiczenia się w nadziei – to Sąd Ostateczny. To chwila, kiedy staniemy twarzą w twarz wobec Najwyższego Sędziego. Chwila, która w całej tradycji Kościoła, także w ikonografii, była przedstawiana niejako dwuaspektowo: z jednej strony nadzieja, ponieważ przychodzi Pan, którego wzywamy, powtarzając słowa apokalipsy Marana tha – Przyjdź, Panie Jezu, a z drugiej strony świadomość, że przychodzi także Sędzia, wobec którego każda i każdy z nas musi zdać rachunek swego życia. Wczoraj Benedykt XVI powiedział: „Dziękuję Bogu za «wieści», jakie w tych latach posługi Piotrowej mogłem otrzymać odnośnie do wiary w Pana Jezusa Chrystusa i miłosierdzia, które prawdziwie krąży w ciele Kościoła i sprawia, że żyje On w miłości i nadziei, otwierającej nas i ukierunkowującej ku pełni życia, ku ojczyźnie w Niebie”. W jego myśleniu o Sądzie Ostatecznym przeważało zawsze to myślenie przeniknięte nadzieją. Przychodzi Pan, aby nas wprowadzić do domu Ojca.

I na koniec pozwólcie drodzy Siostry i Bracia na jeszcze jedną refleksją.
W tych dniach, od chwili ogłoszenia przez Benedykta XVI decyzji o rezygnacji z urzędu Piotra, w wielu wypowiedziach, wielu publikacjach, także nam osobiście narzucały się skojarzenia z odchodzeniem osiem lat temu Jana Pawła II. Jeden i drugi w swoich pontyfikatach byli niewzruszonymi świadkami Chrystusa Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego, tego Chrystusa, który jest – jak pisał św. Paweł – „głupstwem dla pogan i zgorszeniem dla Żydów. Dla nas natomiast, którzyśmy uwierzyli mocą i mądrością Bożą” (1 Kor 1, 23).

Patrząc na zmagania z cierpieniem i chorobą, trwające lata u Jana Pawła II, można by powiedzieć: swoim życiem, swoim posługiwaniem, swoim odchodzeniem, podkreślał prawdę o Chrystusie ukrzyżowanym, z którym łączył swoje osobiste cierpienia dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół. W przypadku natomiast Benedykta XVI możemy powiedzieć, to ukierunkowanie na spotkanie z Panem, przeniknięte nadzieją, podkreśla przede wszystkim prawdę o Chrystusie zmartwychwstałym, zwycięzcą grzechu, śmierci i szatana.

To tyle właśnie, w szczególnym uwrażliwieniu na Chrystusa zmartwychwstałego, pisał, kończąc swoją Encyklikę Spe salvi. Co więcej, kończył ją szczególną modlitwą do Matki Najświętszej, Matki wszelkiej nadziei: „Z tą wiarą, która nawet w ciemności Wielkiej Soboty była pewnością nadziei, szłaś ku porankowi Wielkiej Nocy. Radość zmartwychwstania dotknęła Twego serca i złączyła Cię w nowy sposób z uczniami, którzy mieli stać się rodziną Jezusa przez wiarę. Byłaś pośród wspólnoty wierzących, która w dniach po Wniebowstąpieniu modliła się jednomyślnie o dar Ducha Świętego (por. Dz 1, 14) i otrzymała Go w dniu Pięćdziesiątnicy. «Królestwo» Jezusa okazało się inne od tego, które ludzie mogli sobie wyobrazić. To królestwo rozpoczęło się w tamtej godzinie i nie będzie miało końca. Tak więc pozostajesz pośród uczniów jako ich Matka, jako Matka nadziei. Święta Maryjo, Matko Boga, Matko nasza, naucz nas wierzyć, żywić nadzieję, kochać wraz z Tobą. Wskaż nam drogę do Jego królestwa! Gwiazdo Morza, świeć nad nami i przewódź nam na naszej drodze!” (Spe salvi, 50).

„Błogosławiony mąż – głosił przed wiekami Jeremiasz – który pokładał ufność w Panu i Pan jest jego nadzieją, bo jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi, nie obawia się skoro przyjdzie upał, bo utrzyma zielone liście także w roku posuchy, nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców” (Jr 17, 7–8).

Benedykt XVI – spe salvus – zbawiony przez nadzieję. My także – również dzięki jego modlitwom, tym które były, które teraz zanosi do Pana i które obiecał zanosić za Kościół, czyli za nas, my także – spe salvi – zbawieni mocą nadziei.

I za to wszystko dziękujemy dzisiaj Panu Bogu.